Chuchasz, dmuchasz, nadzorujesz. Uważasz i pilnujesz. Jesteś czujna jak ważka, starasz się przewidywać zdarzenia żeby chronić swój najcenniejszy skarb. Myślisz, że robisz wszystko, co możesz. I wtedy przytrafia się TO...
Gdy na sekundę odwracasz wzrok w drugą stronę, dziecko spada z łóżka. Choć jeszcze nie raczkuje, nawet nie pełza, jakimś cudem dało radę się przeturlać. A to były tylko trzy sekundy! Chwila nieuwagi i dziecko ściąga ze stołu obrus, a wraz z nim gorącą herbatę. Ta oczywiście nie może dziecka ominąć, więc dotkliwie je parzy. Nieszczęście gotowe. Dziecko, bawiąc się na podłodze, znajduje monetę jednogroszową, która wypadła któremuś z domowników z kieszeni i schowała się pod dywanikiem. Możesz być pewna, że dziecko ją znajdzie i zapragnie sprawdzić jak smakuje. Połknie kawał żelastwa albo zacznie się dławić. Rozbita głowa, przecięta ręka, rozwalona noga. Wystarczą sekundy. A przecież cały czas jesteś obok!
Jeśli dziecku znajdującemu się pod Twoją opieką przydarzy się jakiś wypadek, czy to drobny, czy poważniejszy, zawsze pojawiają się one: wyrzuty sumienia. Jak mogłam do tego dopuścić? Jak mogłam pozwolić na taki obrót sprawy? Przecież naprawdę się staram, cholera jasna! Jak mogłam być tak nieostrożna? Dlaczego w tym krytycznym momencie nie zdążyłam zareagować? Dlaczego naraziłam dziecko na niebezpieczeństwo? Przecież ono jest bezbronne, polega wyłącznie na mojej opiece i czujności. I wreszcie... Czy to, co się stało, czyni mnie złą matką?
Wyrzuty sumienia są wstrętne. Nie dają spokoju, nie chcą się odczepić. Towarzyszą w dzień i w nocy. Gdyby tylko można było cofnąć czas. Albo gdybyś mogła wziąć na siebie całe to cierpienie, na które niechcący naraziłaś dziecko. Zrobiłabyś to bez wahania. Niestety, nie ma takiej możliwości. Jedyne, co możesz zrobić, to zaakceptować tę sytuację i, co najważniejsze, wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość. Nauczyć się czegoś na własnym błędzie. Bo samo zamartwianie się już nic nie da. Czasu nie cofniesz, mleko się rozlało. Trzeba żyć dalej, często ponosząc konsekwencje tego wydarzenia. I powtórzę raz jeszcze: wyciągnąć wnioski. Nie wpuszczać dziecka do kuchni, gdy na gazie bulgocze zupa. Zabezpieczyć kanty mebli i kontakty. Zwracać uwagę czym i jak dziecko się bawi. Przewidywać.
Dziś od chirurga dziecięcego usłyszałam, że nie da się w 100% uchronić dziecka przed każdym zagrożeniem. Bo przecież nie będę go cały czas pilnować. I choć w przypadku starszego dziecka czy wręcz nastolatka jak najbardziej się zgadzam, to z zupełnym maluszkiem sprawa nie jest taka prosta. Bo takie dziecko samo o siebie nie zadba, nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń. I maluszka właśnie trzeba stale pilnować: dla jego dobra i dla własnego spokoju. To w teorii. Bo w praktyce nie jest to takie proste. Wystarczą sekundy...
Tak, zrobiłam to. Dopuściłam się zaniedbania, w wyniku którego moje dziecko uległo wypadkowi. To były dwie, może trzy sekundy. I stało się... Ja, która zawsze byłam na posterunku i dosłownie wszystkim patrzyłam na ręce, bacznie obserwowałam czy bezpiecznie zajmują się moim dzieckiem, sama popełniłam błąd. Błąd, w wyniku którego moja córka najprawdopodobniej już zawsze będzie miała na twarzy szpecącą bliznę. Tak, to moja wina. Umiem to przyznać i jest mi z tym potwornie źle. Tylko co z tego, skoro te cholerne wyrzuty sumienia czasu nie cofną!
Wiem, że od mojego gadania nic się nie zmieni, ale proszę... Pilnujcie swoich maluchów jak oka w głowie. Jeśli mimo to przydarzy się coś niedobrego, nie piętnujcie się za to. Bo dziecko w każdej sytuacji potrzebuje rodzica silnego, a nie załamanego. I najważniejsze: wyciągajcie wnioski...
