Ostatnio głośno było w mediach o przypadku porzucenia przez właściciela szczenięcia. Nie nie, "porzucenia" to złe słowo. To było bestialskie przywiązanie za obrożę do drzewa czy też krzaka, nawet nie wiem, bo na sam widok zrobiło mi się słabo. Ta historia ma wprawdzie happy end, bo piesek został odnaleziony i uratowany, są już też chętni do jego zaadoptowania, a jego "właścicielka" zostanie pociągnięta do odpowiedzialności karnej, ale mimo wszystko sytuacji takich jest znacznie więcej. Niestety... Nam też coś się kiedyś przydarzyło...
To była zima 2016 roku, koniec stycznia. Jak zawsze weekend na Mazurach, żeby odpocząć od pracy i naładować akumulatory. Poza tym ja nigdy nie umiałam spędzać weekendów w Warszawie, no po prostu nie... Tamtej soboty jak zwykle wypuściliśmy się do lasu: psy, narzeczony i ja. Mamy tu swoje ulubione trasy, które pozwalają nam natłuc kilometrów w pięknych okolicznościach przyrody. No i szliśmy sobie jedną z główniejszych dróg. Nagle teriery, które zawsze maszerują z przodu (na smyczy oczywiście), zaordynowały skręt w prawo, w jakiś mniejszy dukt. Nie taki mieliśmy plan, ale niech im będzie, może zwęszyły sarnę. Niech mają przyjemność z pójścia po tropie. Przeszliśmy może sto, może dwieście metrów. I wtedy to zobaczyłam... W oddali, po lewej stronie drogi leżały zwłoki psa...
Serce mi stanęło. Jestem strasznie wyczulona na krzywdę zwierząt, zwłaszcza gdy cierpią z ręki człowieka. Najokrutniejszej z istot, niestety... Mimo to zdecydowałam, że idziemy dalej tą drogą, jakoś ten widok wytrzymam... Zrobiliśmy może pięć kroków, gdy zwłoki... poruszyły się. Duży pies w typie owczarka niemieckiego ostatkiem sił dźwignął się z mchu, na którym leżał. Może powinnam się bać, ale w oczach tego psa było coś takiego, że nie spodziewałam się żadnej agresji z jego strony. W tych oczach był widoczny pewien rodzaj ulgi. Ulgi, że ktoś go na tym odludziu odnalazł. Jak gdyby nigdy nic zaczął iść przy mojej nodze, co chwilę przystając i siadając, a nawet kładąc się. Totalnie wyczerpane i osłabione zwierzę... Później już była szybka akcja. Telefon do mojego Taty, żeby przyjechał po nas samochodem. Przecież nie zostawimy tak tej bidy z nędzą, a o własnych siłach nigdzie nie dojdzie. Mój Tata to złoty człowiek, rzucił wszystko i przyjechał, z baniakiem wody i suchą karmą. Nasze znalezisko nawet nie za bardzo miało siłę jeść i pić. Zapakowaliśmy psa do bagażnika. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że może to zguba z pobliskiej wioski, ale tam go nie rozpoznano. Pojechał więc do nas.
Przetrzymywanie obcego psa przy dwóch charakternych i niezbyt gościnnych terierach to koszmar. Jakoś jednak trzeba przetrwać, chociaż jedną noc. Zrobiliśmy znalezisku ciepłe legowisko w komórce, daliśmy porządną kolację, pogłaskaliśmy po głowie. A te mądre oczy patrzyły z taką niesamowitą wdzięcznością, jakby wiedziały, że najbliższa noc w lesie mogła być już tą ostatnią. Jedno było pewne: nie może z nami dłużej zostać, bo nasze sierściuchy tego nie zniosą i w końcu dojdzie do jakiejś tragedii. To człowiek jest po to, żeby umieć przewidywać i zapobiegać takim nieszczęściom, nie można tej odpowiedzialności przerzucać na zwierzę. Następnego dnia rozpoczęliśmy poszukiwania nowego domu.
Całkiem niedaleko znajduje się fundacja Zwierzęta Eulalii, dająca schronienie takim życiowym pechowcom. Z przyjemnością przekazywałam jej mój 1% podatku. A więc jedziemy! Pukam, drzwi się otwierają, opowiadam historię wycieńczonego psa znalezionego w lesie i tłumaczę dlaczego nie może z nami zostać. W odpowiedzi słyszę "żadnych zwierząt nie przyjmujemy, zawieźcie go do schroniska". Szok i niedowierzanie. Nie tak wyobrażałam sobie działalność fundacji. Rozumiem, że nie mogą uratować każdego zwierzęcia, ale spodziewałam się wyższego poziomu empatii. Więcej mojego procenta nie zobaczą. Może to nieduża kwota, ale wolę ją przekazać komuś, kto faktycznie pomaga zwierzętom w potrzebie. Zrezygnowani wróciliśmy do miejscowości, w której robiliśmy rekonesans dzień wcześniej. Tam powiedziano nam, że jeden z mieszkańców być może tego psa przygarnie, ale będzie uchwytny dopiero dnia następnego. Światełko w tunelu! Znajda przenocowała u nas raz jeszcze, a później pojechała poznać swojego potencjalnego nowego właściciela. I, choć do dziś ciężko mi w to uwierzyć, znalazła nowy dom!
Jakieś dwa tygodnie później, spacerując, zajrzeliśmy do tej wioski, w której nasza bida z nędzą znalazła swoją przystań. Jak na zawołanie: z naprzeciwka wyłoniła się pani z pięknym, dużym psem na smyczy. Rozczesana, wykąpana sierść, dumny chód, błysk w oku. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się czy to na pewno te same "zwłoki", które dopiero co znaleźliśmy przy tej bocznej dróżce. Dróżce, którą normalnie nawet byśmy nie poszli. Może teriery wyczuły, że tam coś się dzieje? Zupełnie przypadkiem uratowały psie istnienie.
Skąd ten pies wziął się w lesie? Daleko od jakichkolwiek zabudowań? Szczerze powiedziawszy wątpię żeby sam zaginął i akurat tam zabłądził. Nowy właściciel mówił, że jeszcze przez długi czas pies ten żywiołowo reagował na każdy przejeżdżający samochód i na każdym spacerze ciągnął w tę jedną konkretną część lasu. Myślę, że szukał. Szukał poprzedniego właściciela. Sukinsyna, który moim zdaniem tego psa tam wywiózł i wyrzucił. Bo pies kocha człowieka, nawet gdy ten nie jest tego godny...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 października 2017
wtorek, 25 października 2016
Co zrobicie z psem jak pojawi się dziecko?!
Mój brzuch rośnie w tempie zastraszającym (choć i tak jest relatywnie mały, jeśli spojrzę na inne przyszłe mamy w szkole rodzenia, z terminem dużo późniejszym niż mój...). Właśnie w najlepsze trwa już 37. tydzień ciąży. Ależ ten czas leci! Staram się korzystać z faktu, że dobrze się czuję i jestem mobilna. Jeśli tylko pogoda pozwala, staram się wybrać na przynajmniej godzinny spacer. Pielęgnujemy też z Ukochanym relacje ze znajomymi, bo później może to być czasowo utrudnione...
I tak oto w ubiegły weekend odwiedziliśmy znajomych, dumnych rodziców 4-miesięcznego synka. Był to dla nas niezły przedsmak tego, co nas czeka. Upał w domu (choć kompletnie tego nie pochwalam i nie wyobrażam sobie żeby u nas w mieszkaniu nie było czym oddychać), zmęczona mama (choć i tak nieźle się trzyma!) i uroczy, ale jednak często płaczący i niechętnie przystawiający się do piersi maluch. Obserwowaliśmy bacznie. Siłą rzeczy tematy "okołodzieciowe" dominowały w rozmowie: poród, laktacja, formalności, ubranka, pieluchy. Obgadaliśmy dosłownie wszystko. I nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, padło pytanie: "A co zrobicie z psem jak pojawi się dziecko?!".
Zbaraniałam...
Tak, mam psa. Nawet dwa, ale z nami mieszka tylko jeden z nich. Drugi - poczciwa emerytka - mieszka z moim Tatą na działce. Tam ma znacznie lepsze warunki bytowe, sama jej zazdroszczę. W każdym razie psy są obecne w moim życiu, z krótką tylko przerwą, od 1990 roku, jestem też wierna jednej rasie. Nieduże, ale nadrabiające charakterem. Moje oczka w głowie, pełnoprawni członkowie rodziny. Obie rozpuszczone jak bicz pański. Kocham je bezgranicznie. I przepraszam bardzo, ale co miałabym z nimi zrobić jak pojawi się Perełka? Takie pytanie może zadać chyba tylko ktoś, kto psa nigdy nie miał. Albo "miał" go, z całym szacunkiem, u dziadka w obejściu, w budzie, na łańcuchu... Na dźwięk tego absurdalnego dla mnie pytania w pierwszej chwili zaniemówiłam. Później wzięłam głęboki oddech, co nie było łatwe ze względu na kompletny brak tlenu w pomieszczeniu. A później postanowiłam znajomym spokojnie, rzeczowo opowiedzieć jak wyobrażamy sobie wspólne funkcjonowanie pod jednym dachem psa i dziecka.
Nasza młodsza, mieszkająca z nami, sucz ma swój charakterek. I choć urodziła się w domu, w którym było kilkuletnie dziecko, już dawno zapomniała że dzieci w sumie są fajne. Teraz znienacka nadbiegający i/lub krzyczący kilkulatek kwalifikuje się do natychmiastowej pacyfikacji - dźwiękiem i niestety też trochę zębami. Śmiem jednak twierdzić, że "własne" dziecko, rosnące na jej oczach, będzie miało zupełnie inne prawa. I choć oczywistym jest dla mnie, że będę musiała nad tymi psiowo-dziecięcymi relacjami pracować i czuwać, nie zamierzam z tego tytułu popadać w paranoję, że pies pożre mi noworodka... Oczywiście sporo czytałam też o sposobach przedstawienia dziecka psu. I tak oto:
I tak oto w ubiegły weekend odwiedziliśmy znajomych, dumnych rodziców 4-miesięcznego synka. Był to dla nas niezły przedsmak tego, co nas czeka. Upał w domu (choć kompletnie tego nie pochwalam i nie wyobrażam sobie żeby u nas w mieszkaniu nie było czym oddychać), zmęczona mama (choć i tak nieźle się trzyma!) i uroczy, ale jednak często płaczący i niechętnie przystawiający się do piersi maluch. Obserwowaliśmy bacznie. Siłą rzeczy tematy "okołodzieciowe" dominowały w rozmowie: poród, laktacja, formalności, ubranka, pieluchy. Obgadaliśmy dosłownie wszystko. I nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, padło pytanie: "A co zrobicie z psem jak pojawi się dziecko?!".
Zbaraniałam...
Tak, mam psa. Nawet dwa, ale z nami mieszka tylko jeden z nich. Drugi - poczciwa emerytka - mieszka z moim Tatą na działce. Tam ma znacznie lepsze warunki bytowe, sama jej zazdroszczę. W każdym razie psy są obecne w moim życiu, z krótką tylko przerwą, od 1990 roku, jestem też wierna jednej rasie. Nieduże, ale nadrabiające charakterem. Moje oczka w głowie, pełnoprawni członkowie rodziny. Obie rozpuszczone jak bicz pański. Kocham je bezgranicznie. I przepraszam bardzo, ale co miałabym z nimi zrobić jak pojawi się Perełka? Takie pytanie może zadać chyba tylko ktoś, kto psa nigdy nie miał. Albo "miał" go, z całym szacunkiem, u dziadka w obejściu, w budzie, na łańcuchu... Na dźwięk tego absurdalnego dla mnie pytania w pierwszej chwili zaniemówiłam. Później wzięłam głęboki oddech, co nie było łatwe ze względu na kompletny brak tlenu w pomieszczeniu. A później postanowiłam znajomym spokojnie, rzeczowo opowiedzieć jak wyobrażamy sobie wspólne funkcjonowanie pod jednym dachem psa i dziecka.
Nasza młodsza, mieszkająca z nami, sucz ma swój charakterek. I choć urodziła się w domu, w którym było kilkuletnie dziecko, już dawno zapomniała że dzieci w sumie są fajne. Teraz znienacka nadbiegający i/lub krzyczący kilkulatek kwalifikuje się do natychmiastowej pacyfikacji - dźwiękiem i niestety też trochę zębami. Śmiem jednak twierdzić, że "własne" dziecko, rosnące na jej oczach, będzie miało zupełnie inne prawa. I choć oczywistym jest dla mnie, że będę musiała nad tymi psiowo-dziecięcymi relacjami pracować i czuwać, nie zamierzam z tego tytułu popadać w paranoję, że pies pożre mi noworodka... Oczywiście sporo czytałam też o sposobach przedstawienia dziecka psu. I tak oto:
- Tuż po urodzeniu dziecka, gdy jest ono jeszcze z mamą w szpitalu, zaleca się przyniesienie psu do domu pieluszek tetrowych i ubranek, których dziecię używało - tak żeby zwierz miał możliwość wcześniejszego zapoznania się z nowym zapachem.
- Gdy mama z maluchem przyjeżdżają do domu, pies powinien być na spacerze - tak, żeby to pies wrócił do domu, w którym jest dziecko, a nie odwrotnie - to powinno pomóc w ustawieniu odpowiedniej hierarchii między nimi.
- Trzeba pozwolić psu powąchać dziecko, żeby miał szansę zobaczyć i poznać nowego domownika. Osobiście nie będę miała też nic przeciwko temu żeby sucz np. polizała Perełkę. Sucz jest zdrowa i odrobaczona, a przetarcie twarzy czy rączki Perełki zwilżonym wacikiem raczej nie będzie przekraczało moich możliwości.
- Dodatkowo jako że moja sucz jest potwornie łakoma, zamierzam ją trochę przekupić - w torbie do szpitala mam już spakowane nieduże opakowanie psich smakołyków, które Perełka "wręczy" sierściuchowi na powitanie.
To tyle tytułem powitania między piesiem a dzieciem po przyjeździe ze szpitala. W kolejnych dniach i tygodniach planuję też karmić psa przy dziecku, żeby skojarzył sobie tę przyjemną dla siebie czynność z Perełką. Muszę też bardzo pilnować tego, żeby nie zaniedbać suczy, relacji z nią, zabawy, pieszczot - trochę jak ze starszym rodzeństwem - nie może się poczuć odstawiona na boczny tor. Jestem przekonana, że między nimi powstanie silna więź, zwłaszcza w momencie gdy zaczniemy rozszerzać Perełce dietę - w końcu ktoś będzie musiał dojadać te resztki marchewki, kaszki, zupki... :-) Zawsze będzie można też kraść chrupki kukurydziane i inne wynalazki. A później sojusz zostanie rozszerzony o wspólne zabawy w piaskownicy i baseniku - wszak piach i woda to czynniki euforiotwórcze w przypadku mojego psa. To tyle o młodszej suczy, bo to ona z nich dwóch ma trudniejszy, bardziej nieprzewidywalny charakterek. Do starszej mam stuprocentowe zaufanie, jestem pewna, że będzie uroczym, doskonałym psem rodzinnym. Zresztą ona już chyba wie... Gdy jeszcze kilka tygodni temu urzędowałam na działce, starsza sucz dosłownie nie odstępowała mnie na krok. Chodziła za mną nawet do toalety. Z jakiegoś powodu postanowiła mnie pilnować bardziej niż kiedykolwiek. Ona już wie...
Jestem przekonana, że moje psy staną na wysokości zadania. Z drugiej strony Perełka też będzie wychowywana w duchu poszanowania dla zwierząt - nie ma zgody na szarpanie za ogon czy wsadzanie paluchów do oka. Jeszcze nie wiem jak to wytłumaczę małemu dziecku, ale na pewno będę próbować. I będzie symbioza, zobaczycie. Dlatego też proszę mi nie zadawać absurdalnych pytań typu "co zrobię z psem". Będę go kochać i szanować tak samo jak wcześniej. Albo i bardziej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



