niedziela, 25 czerwca 2017

Cheeky Chompers Neckerchew - znacznie więcej niż gryzak!

Zawsze zaczyna się tak samo. Twoje dziecko zaczyna ślinić się jak buldog. Wszystko, dosłownie wszystko pakuje do buzi. Nieważne czy to zabawka, własny rękaw czy patyk podrzucony cichaczem przez psiego sabotażystę. Wszystko musi być obślinione z należytą starannością, a następnie pojawiają się one - pierwsze zęby. Wyczekiwane i witane z fanfarami. Tymczasem gryzienie czego popadnie trwa w najlepsze przez kolejne miesiące. Trzeba się uzbroić. W cierpliwość i w odpowiedni sprzęt...


Gryzaków na rynku jest prawdziwe zatrzęsienie: wodne, drewniane, silikonowe, kauczukowe. Różne kształty i kolory. To samo tyczy się śliniaczków: bawełniane czy bambusowe, mają za zadanie łapać wszystko, co nasz mały buldog raczy wypuścić z ryjka (wszystkie osoby oburzone tym nazewnictwem przepraszam, ja już po prostu tak mam - lata spędzone z psami zrobiły swoje). A gdyby tak połączyć jedno z drugim i wprowadzić na rynek produkt 2w1, który rozwiąże problem nadmiaru śliny i maniakalnego gryzienia? Brytyjczycy już właśnie to zrobili!



Cheeky Chompers to marka założona przez mamy takie jak my. Mamy, które zapragnęły zaprojektować, wyprodukować i zaoferować odbiorcom produkt, który rozwiąże nie jeden, a kilka problemów na raz. Pierwszy produkt ze stajni Cheeky Chompers - Neckerchew - swoją premierę miał w roku 2013 i od tamtej pory stał się hitem w wielu krajach. Ale czym właściwie jest Neckerchew?


Neckerchew to hybryda. Sprytne połączenie śliniaka z gryzakiem. Gryzak przytwierdzony jest na stałe do śliniaczka, dzięki czemu jest zawsze pod ręką, a na dodatek nie spada na ziemię. Mamo, zrób rachunek sumienia: ile razy podnosiłaś z podłogi gryzak swojego maluszka? Mycie, wyparzanie, wycieranie. Nigdy więcej! Gryzak będący częścią Neckerchew od Cheeky Chompers jest zawsze na miejscu, gotowy do użycia. Wygląda na sztywny? Nic bardziej mylnego! Jest bardzo miękki, a do tego pozbawiony ftalanów i BPA - można gryźć bez obaw. Z kolei śliniak jest wykonany z trzech (!) warstw chłonnej bawełny, więc zatrzyma każdy potok śliny. Z jednej strony ma piękny nadruk (do wyboru do koloru), a z drugiej jest jednobarwny. Jako że jest dwustronny, możemy eksponować tę stronę, która akurat bardziej nam pasuje lub... jeszcze jest czystsza. Neckerchew zapinany jest na zatrzask, z dwustopniową regulacją, więc dopasuje się do obwodu szyi dziecka, zarówno malutkiego, jak i tego trochę starszego. Wygląda na produkt idealny, a więc testujemy!



Perełka była żywo zainteresowana zarówno Neckerchew, jak i jego tekturowym opakowaniem. Taki wiek... Łapki od razu intuicyjnie powędrowały w stronę trójkątnego gryzaka, z zaciekawieniem poznając jego fakturę (delikatne wypustki, które muszą cudownie masować dziąsła). Perełka nie lubi chustek i apaszek, więc nie byłam pewna jak zareaguje na mięsisty śliniaczek. O dziwo nie protestowała i dała go sobie założyć na szyję. Jest on na tyle miękki, że nie ma mowy żeby mógł podrażnić delikatną skórę dziecka. Gryzak, zanim wylądował w buzi, został dokładnie obejrzany, ze wszystkich stron. Ciekawość maluchów chyba nie zna granic. Chwilę później był już bez litości obgryzany - akurat trafił na wyrzynające się dolne jedynki. Ewidentnie przynosił dziecku ulgę.




Jak oceniam go ja, jako mama? Przede wszystkim jest piękny. Wybrany przeze mnie wzór Anna Floral kojarzy mi się ze stylową apaszką, ręcznie malowaną w kolorowe kwiaty. Sama bym taką chciała! Doceniam też jego wszechstronność: jest skutecznym i bezpiecznym gryzakiem, ale też wyjątkowo chłonnym śliniakiem. W wietrzny dzień będzie doskonałą apaszką, chroniącą szyję maluszka przed chłodem, a niezależnie od wszystkiego zawsze i wszędzie jest po prostu stylowym dodatkiem. W naszym przypadku sprawdza się szczególnie dobrze podczas noszenia w chuście, kiedy Perełka musi mieć pod ręką coś do "ciumkania", bo w przeciwnym razie pastwi się nad samą chustą. Neckerchew od Cheeky Chompers rozwiązuje ten problem i, przede wszystkim, nie muszę cały czas pilnować żeby nam nie upadł, nie ubrudził się czy, co gorsza, nie zgubił. Mogę spokojnie skoncentrować się na tym, co wtedy jest najważniejsze: wspólnie spędzany czas i cudowna bliskość. Ile kosztuje ten komfort? Ceny Neckerchew kształtują się od 49,00 do 64,90 zł, w zależności od wzoru (wszystkie warianty można zobaczyć tutaj). Myślisz, że to dużo? Spójrz na liczne korzyści, które daje, a szybko dojdziesz do wniosku, że lepiej kupić jeden porządny produkt na cały okres ząbkowania niż kupować niezliczone ilości tańszych gryzaczków, które nie dadzą nam tego wszystkiego, co oferuje Neckerchew od Cheeky Chompers. Podsumowując: jest to świetny, innowacyjny gadżet, który uczyni ząbkowanie mniej uciążliwym. Z czystym sumieniem mogę go Wam polecić.






Niespodzianka! Marka Cheeky Chompers przygotowała dla Was rabat w wysokości 10% na cały asortyment, do wykorzystania na www.cheekychompers.pl. Hasło: mamapo30 (jeśli chcesz skorzystać z kodu i nie wiesz gdzie go wpisać - daj znać, pomogę!). Naprawdę warto! Miłego gryzienia :)

czwartek, 22 czerwca 2017

Taryfa ulgowa dla dziecka?

Ostatnia fala upałów wywołała u mnie inną falę - wspomnień z czasów, kiedy temperatury były grubo poniżej zera, a macierzyństwo pozostawało w sferze odległych planów. Rozmyślałam sobie o naszych wyjazdach snowboardowych i nagle BUM! Przypomniała mi się pewna sytuacja...


Stok narciarski, kolejka do wyciągu. Może nie jakaś gigantyczna, ale jednak trochę osób czeka. Czekam i ja. Nie znoszę sterczenia w kolejce, bo zazwyczaj panuje tam ścisk i ciągle ktoś wali swoim sprzętem w mój snowboard, czego szczerze nienawidzę. To tak jakby ktoś stał mi na plecach w kolejce do kasy w sklepie i jeszcze mnie poszturchiwał myśląc, że to coś przyspieszy. A tu dodatkowo ktoś mi obdrapuje deskę, moje ukochane ślizgadło. No nic, czekam dalej, zaciskając zęby. Nagle zauważam, że między ludźmi przepycha się dziewczynka, tak na oko powiedzmy 10-letnia. Sukcesywnie przesuwa się do przodu, mijając następnych kolejkowiczów. Gdy minęła i mnie, niewiele myśląc chwyciłam ją za kaptur i cofnęłam informując gdzie znajduje się koniec kolejki. Co wydarzyło się dalej? Posypały się teksty, że jak ja tak mogę, przecież to tylko dziecko. Jeden wyraźnie oburzony pan skwitował: "od razu widać, że nie ma pani dzieci". Miał rację, ale co z tego? Po dłuższej chwili znaleźli się też zwolennicy mojego haniebnego czynu, pokrzykujący, że dziecko trzeba wychowywać od małego. I tak oto zupełnie niechcący sprowokowałam ożywioną dyskusję na temat tego co dzieciom wolno i gdzie jest granica. Dlaczego to zrobiłam? Czy dziś, gdy sama jestem już mamą, postąpiłabym inaczej?

Nie chodzi mi o to, żeby zmuszać dziecko do stania w kolejce, nie czerpię z tego żadnej satysfakcji. Uważam natomiast, że trzeba dziecko uczyć pewnych rzeczy, kształtować pewne zachowania. I cwaniactwo nie jest tu specjalnie pożądane. Wprawdzie mała 10-letnia dziewczynka, wpychająca się bez kolejki, pozornie nie stanowi żadnego zagrożenia, ale czy za kilka lat, gdy będzie już dorosła, przypadkiem nie będzie robić tego samego? Przecież kolejki są dla frajerów, można wcisnąć się gdzieś w międzyczasie, po co stawać na końcu. Myślicie, że dorośli zawsze potulnie stają na końcu kolejki do wyciągu? A skąd! Całkiem spora część wciska się na chama, byle jak najszybciej posadzić tyłek na krzesełku. Kolejka do wyciągu oczywiście jest tylko przykładem, ale tego typu sytuacji nie brakuje. Czy takiego cwaniactwa powinniśmy uczyć nasze dzieci? Czy dziecko, któremu wolno robić coś "nieeleganckiego" z racji tego, że jeszcze jest dzieckiem, będzie wiedziało kiedy należy przestać?

Przykro mi, ale nie jestem zwolenniczką bezwarunkowej taryfy ulgowej dla dzieci. Boję się, że taki człowiek, gdy podrośnie, będzie uważał, że należy mu się absolutnie wszystko. Przecież zawsze tak było! Albo jestem przewrażliwiona, albo wokół nas jest coraz więcej rozwydrzonej młodzieży. Z czegoś to musi wynikać. Może właśnie z takiej pobłażliwości dla dziecięcego cwaniactwa? Nie oczekuję, że będziesz się ze mną zgadzać. Chętnie poznam Twoje argumenty. Natomiast mimo wszystko będę chciała wychować moją córkę tak, żeby potrafiła o siebie zadbać, ale nigdy kosztem innych ludzi.

niedziela, 11 czerwca 2017

Karuzela Canpol "Piraci" - nie tylko dla chłopców!

Lalki i gotowanie dla dziewczynek, samochody i majsterkowanie dla chłopców. Co sądzicie o takim podziale? Zabawki przypisane do płci. Szufladkowanie i stereotypy niemalże od pierwszych dni życia. Dla mnie, przyznam szczerze, jest to absurd. Postanowiłam dać temu wyraz zgłaszając się do testowania karuzeli do łóżeczka "Piraci", w ramach programu "Blogosfera" organizowanego przez firmę Canpol.


Sama jako dziecko bawiłam się praktycznie wszystkim. Lalki, samochody, klocki. Fryzjer, kuchnia, warsztat samochodowy, sklep. Trzepak, piłka, chodzenie po drzewach, ale i gry komputerowe. Wszystkiego po trochu. Jestem moim Rodzicom bardzo wdzięczna za tę dowolność. Za to, że cierpliwie znosili moją kolekcję kilkudziesięciu resoraków i ani razu nie próbowali mi tłumaczyć że "przecież samochodami bawią się chłopcy". Za każdy mecz piłki nożnej obejrzany z Tatą. Być może dzięki takiemu podejściu nie dostaję wysypki na samą myśl o wymianie żarówki w samochodzie i doskonale wiem na czym polega "spalony". Takim rodzicem chcę być dla naszej Perełki - podsuwającym różne rozwiązania - i niech ona sama zdecyduje co ją interesuje, a co niekoniecznie. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że styl marynistyczny, kotwice i piraci to motywy typowo chłopięce - ale czy naprawdę muszę decydować za swoje dziecko? Może dziewczynka też chce zostać piratem? ;)



Karuzela "Piraci" firmy Canpol trafia do nas w estetycznym pudełku. Pierwsze wrażenie: świetny pomysł na prezent! Nieduży, zgrabny kartonik, ładnie wyeksponowane maskotki, będące elementem karuzeli - wymarzony podarek np. z okazji narodzin dziecka lub na ostatnio coraz bardziej modne "baby shower". Otwieram opakowanie i zabieram się za montaż karuzeli. Sprawa jest intuicyjna, wręcz banalnie prosta, ale gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - na odwrocie opakowania znajdzie czytelną instrukcję składania zabawki. Montaż karuzeli na łóżeczku również nie przysparza żadnych trudności, a mocowanie będzie pasowało do różnych typów szczebelków. Miałam drobne obiekcje czy mocne dokręcenie karuzeli do łóżeczka nie uszkodzi farby na szczebelkach, ale moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Karuzelę instalowałam na dwóch naszych łóżeczkach i żadne z nich nie ucierpiało.




Karuzela "Piraci" składa się z powleczonego pluszem ramienia z lusterkiem oraz czterech zwierzaczków - maskotek wyposażonych w grzechotki i piszczałki. Każdy z pluszaków może być w łatwy sposób odczepiony i bez obaw może służyć jako osobna zabawka. Zwierzaczki mocowane są do ramienia za pomocą rzepów, przy czym po odłączeniu ich od karuzeli na pluszaku zostaje miękka część rzepa, więc dziecko na pewno się nie podrapie. Ta możliwość rozłożenia karuzeli "na części pierwsze" czyni ją zabawką bardzo uniwersalną, bo nawet gdy dziecko "wyrośnie" już z karuzeli jako całości, z pewnością nadal będzie się chętnie bawić samymi zwierzaczkami. Karuzela jest oczywiście wyposażona w element grający i kręcący ramieniem. Melodii jest 12, są one dość krótkie i płynnie przechodzą jedna w drugą. W moim odczuciu są one dość szybkie i mogłyby nie zadziałać na dziecko usypiająco (przynajmniej w naszym przypadku im się to nie udaje), ale do zabawy i do przyciągania uwagi są doskonałe.




 

Jak karuzela "Piraci" firmy Canpol sprawdza się u nas? Perełka bardzo ją polubiła, chociaż na początku wyraźnie była w szoku - wszak to jej pierwsza tego typu zabawka w życiu. Choć producent zaleca montaż karuzeli w takiej odległości, by dziecko nie mogło do niej dosięgnąć, w naszym przypadku początkowo ten kontakt fizyczny był, dopiero później opuściliśmy materac w łóżeczku na niższy poziom. Dzięki temu mamy jednak dokładnie przetestowaną solidność konstrukcji. Karuzela była bowiem szarpana z pełną mocą (oczywiście z moją asekuracją, na wszelki wypadek) i zniosła to z godnością. Intensywność zabawy można ocenić po zdjęciach - nieostre, rozmazane i mało czytelne. Bo zwierzaki na karuzeli dostały dodatkowego "kopa" - chyba same nigdy nie sądziły, że będą obracać się tak szybko. Tak więc konstrukcja solidna, buźka dziecka uśmiechnięta.





Perełka szczególnie upodobała sobie pastwienie się nad poszczególnymi pluszakami na karuzeli. Były gryzione, szarpane, maltretowane. Żadnemu z nich finalnie nic się nie stało, żadnej dziurki, rozprucia czy strzępiących się materiałów. To kolejny dowód na to, że zabawka jest bezpieczna, nawet dla bardziej hmmm... "aktywnego" malucha. Dodatkowo, choć pewnie producent tego nie pochwali, przerobiłyśmy nieco karuzelę, dostosowując ją do aktualnych potrzeb. Pogoda była piękna, aż prosiło się żeby jak najwięcej czasu spędzać na świeżym powietrzu. Tylko dlaczego karuzela miałaby zostać w domu, skoro jest taka fajna i dziecko ją lubi? Pałąk mocujący karuzelę do łóżeczka został więc tymczasowo zastąpiony kawałkiem sznurka i klipsem. Dzięki temu karuzela mogła zawisnąć na jabłonce i umilać nam zabawy​ na kocu. Uważam, że można sobie pozwolić na lekkie modyfikacje, o ile jest to bezpieczne i funkcjonalne. Czemu nie?




Ogólnie gdybym miała wystawić karuzeli "Piraci" ocenę w szkolnej skali od 1 do 6, byłaby to 5+. Malutki minusik tylko za żwawe melodyjki, które moim zdaniem nie sprzyjają wyciszeniu dziecka i jego zaśnięciu - ale do radosnej zabawy są idealne. Z czystym sumieniem mogę polecić tę zabawkę. Niebawem na świat przyjdzie dziecko mojej bliskiej znajomej - już wiem jaki prezent im kupię! 

wtorek, 6 czerwca 2017

Książeczki kontrastowe dla dzieci - seria "Obrazki maluszka"

Moja Mama często wspomina, że byłam dość grzecznym dzieckiem, a podczas wspólnych zakupów nie domagałam się nowych zabawek czy słodyczy. Był tylko jeden wyjątek. Strach było ze mną przejść obok księgarni... Jako dziecko kochałam książki. Najpierw trzeba było mi je godzinami czytać, później pochłaniałam je sama. Dziś wiele wskazuje na to, że rośnie mi w domu kolejny mol książkowy.


Pierwsza książeczka pojawiła się w naszym domu, gdy Perełki jeszcze nie było na świecie. Obrazki oglądamy praktycznie od pierwszych tygodni życia, czytamy też wierszyki. I tylko czasem słyszę słowa krytyki od teściowej, że to niepotrzebne, że dziecko nic z tego nie rozumie. Czyżby? Kiedyś to nie było takie oczywiste, ale dziś już wiemy jakie kolory i obrazy widzi dziecko na przestrzeni pierwszych miesięcy swojego życia. Bazując na tej wiedzy różne wydawnictwa opracowały serie książeczek przeznaczonych dla najmłodszych odbiorców. Jednym z takich wydawnictw jest Agencja Wydawnicza Jerzy Mostowski - AWM.



AWM to firma rodzinna z bogatym doświadczeniem, powstała tuż po transformacji systemowej, w roku 1990. W swojej ofercie ma nie tylko książki dla dzieci, ale także m.in. słowniki, książki historyczne czy kulinarne. W nasze ręce, ku uciesze Perełki, trafiło pięć książeczek z serii "Obrazki maluszka":
- "Buźki"
- "Kolory"
- "Mniam, mniam"
- "Na wsi"
- "Safari"
Jak zostały przyjęte przez najsurowszego z testerów? ;)



Najpierw jednak kilka kwestii technicznych, na które mały tester raczej uwagi nie zwraca, za to jego mama i owszem. Książeczki z serii "Obrazki maluszka" mają wymiary 13 x 13 cm. Jakie to ma znaczenie? Otóż jest to format, który pozwala małym rączkom na sprawne manewrowanie książeczką. Strony są grube i sztywne, dzięki czemu nie zostaną szybko zniszczone (zarówno podczas zabawy, jak i np. w transporcie), jak również krawędź strony nie przetnie skóry dziecka. Dodatkowo rogi książeczki są zaokrąglone, dzięki czemu mamy pewność, że dziecko nie zrobi sobie krzywdy. Po upewnieniu się, że książeczki są starannie wykonane i bezpieczne, mogłam spokojnie przekazać je w małe rączki.



W przypadku kilkumiesięcznego dziecka nie ma mowy o udawaniu - albo coś się podoba, albo nie. Książeczki z serii "Obrazki maluszka" od AWM zostały przez moją Perełkę przyjęte z dużym zaciekawieniem. Warto wspomnieć, że mają one nieco inną postać niż książki dla niemowląt, które miałyśmy do tej pory, a mianowicie są w formie harmonijki. Pozwala to na zaprezentowanie dziecku szerszej perspektywy, ale też ułatwia postawienie książeczki na podłodze, np. w czasie leżenia na brzuszku. Dziecina jest wyraźnie zainteresowana wspomnianą szerszą perspektywą i z zaciekawieniem ogląda obrazki od lewej do prawej. Same obrazki zdają się być bardzo czytelne z punktu widzenia małego dziecka i niewątpliwie przyciągają uwagę. Zaskoczyła nas jeszcze jedna rzecz: niektóre książeczki ("Na wsi" i "Safari") na rewersie zamiast pojedynczych obrazków mają kolorowe, panoramiczne ilustracje przedstawiające odpowiednio: wiejskie gospodarstwo oraz sawannę, co daje rodzicom niemałe pole do popisu. Na bazie takich obrazów można bowiem zbudować całkiem porządną opowieść na dobranoc i nie tylko. Ciekawa może być także zabawa w odnajdywanie na kolorowej panoramie zwierzątek oglądanych wcześniej na pojedynczych, czarno-białych ilustracjach. Ale na to wszystko jeszcze przyjdzie czas, gdy moje dziecię będzie już ciut dojrzalsze. Póki co zostaje nam obserwowanie obrazków wraz z jednostronnym komentarzem - ze strony mamy :) Ilustracje w książeczkach z serii "Obrazki maluszka" są podpisane, co później okaże się bezcenne przy nauce słów. Z kolei książeczka "Kolory" oczywiście przedstawia podstawowe barwy na przykładzie zwierzątek w różnych kolorach, np. brązowy łoś albo zielona żaba.



Piękne to wszystko i przydatne. A dziecko? Wpatrzone jak, nomen omen, w obrazek. "Obrazki maluszka" nie raz i nie dwa ratowały sytuację, gdy nagle pojawiał się zły humor albo w czasie spaceru włączało się marudzenie. To nie tylko książeczki, to sprzymierzeńcy rodzica. W pewnym sensie są to także książeczki, które rosną razem z dzieckiem, tzn. będą ujawniały kolejne zastosowania wraz z rozwojem latorośli. Szacuję, że posłużą nam jeszcze przynajmniej dwa, trzy lata. Mam nadzieję, że będzie to początek pięknej przygody mojej córy z książkami i że za parę(naście?) lat będzie ona z przyjemnością sięgała po pachnące farbą drukarską nowości wydawnicze, także od AWM.

piątek, 2 czerwca 2017

Zadbana mama: kosmetyki APIS Home terApis

Czy pamiętacie moją niedawną recenzję dwóch kosmetyków APIS z serii Kakadu Plum? To były same "ochy i achy". No co zrobić? Kosmetyki świetne i tyle. Ale może kolejne będą równie dobre albo nawet lepsze? Zabrałam się zatem za serię Home terApis...


Hydrożelowy tonik wygładzający z kwasem hialuronowym

Na wstępie muszę zaznaczyć, że kosmetyk ten, choć spodziewałam się jaką będzie miał konsystencję, mimo wszystko mnie zaskoczył. Podczas naszego pierwszego spotkania z impetem wyskoczył z opakowania i nie wcelował w płatek kosmetyczny :) Przy kolejnych próbach dozowania byłam już zdecydowanie bardziej czujna. W moim odczuciu tonik ma konsystencję galaretki, która dopiero co zaczęła tężeć. Zastosowany na twarzy przynosi ulgę i jest przyjemnie orzeźwiający. Zawiera ciekawy zestaw składników aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, ekstrakty z lnu i ogórka, a także ekstrakt z peruwiańskiej rośliny Tara. Taka kombinacja powoduje, że tonik działa nawilżająco i wygładzająco. Czy faktycznie działa? Po trzech tygodniach stosowania mogę śmiało stwierdzić, że moja skóra odczuła różnicę i po każdym użyciu jest przyjemnie napięta. Hydrożelowy tonik z kwasem hialuronowym znajdziecie tutaj.


Mus dotleniający z aktywnym tlenem

Uwagę przykuwa spory kartonik z eleganckimi zdobieniami, skrywający średniej wielkości słoiczek z kosmetykiem. Wewnątrz dodatkowo próbka kremu z tej serii. Ale skoncentrujmy się na głównym bohaterze. Nazwa "mus" mówi nam wszystko o konsystencji - jest ona leciutka jak piórko. Dzięki niej mus bardzo dobrze się rozprowadza i błyskawicznie wchłania. Jeśli chodzi o wydajność, to po trzech tygodniach stosowania zauważam zaledwie minimalny ubytek w słoiczku. Zapach kosmetyku jest w miarę neutralny, ale szczerze mówiąc średnio przypadł mi do gustu. W składzie podstawą jest oczywiście aktywny tlen, ale znajdziemy tam również koenzym Q10, kwas hialuronowy, ekstrakt z żeń-szenia czy, co zaskoczyło mnie najbardziej, olej z baobabu. Dzięki tym składnikom mus dba o skórę i sprawia, że upływ czasu jest widoczny co najwyżej w dokumentach ;) Skóra jest po nim miękka i nawilżona, efekt naprawdę jest imponujący. Zastrzeżenia mogę mieć jedynie do opakowania, bo dwukrotnie udało mi się zupełnie niechcący rozłożyć słoiczek na czynniki pierwsze. Taki ze mnie niszczyciel... A tymczasem mus dotleniający z aktywnym tlenem zamówicie tutaj.



Jak oceniam te dwa kosmetyki? Są naprawdę dobre. Być może nie oszałamiają zapachem, jak seria Kakadu Plum, ale skóra po ich regularnym stosowaniu odczuwa różnicę. Polecam je każdej twarzyczce wymagającej zdecydowanego nawilżenia.

niedziela, 28 maja 2017

Nosiłam, noszę i nosić będę - chusta Luna Dream Lavender Evening

To było równo rok temu. Spacerowałam sobie po warszawskich Łazienkach, pod moim sercem już dzielnie rozwijała się mała Perełka. Nagle moją uwagę przykuł taki oto widok: na trawniku stoi kobieta w zaawansowanej ciąży i jej partner, a tuż obok nich jeszcze jedna kobieta z bobasem-lalką i kilkumetrowym kolorowym kuponem materiału. Owija się dookoła, coś tam przekłada, zakłada, dociska, ciągnie. Boże, chusta... Owszem, byłam świadoma istnienia takiego cuda jak chusty do noszenia dzieci, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że przeciętny zjadacz chleba może to ogarnąć. I nawet gdy na świecie pojawiło się moje własne, wyczekiwane dziecię, wciąż uważałam, że chusty są tylko dla wybranych. Nic bardziej mylnego...


Do chustowania niejako zachęciła mnie sytuacja. Niewystarczające odwodzenie nóżek. Ortopeda kazał nosić dziecko w pozycji "żabki", ale tak po prostu, na rękach. Słowem nie zająknął się o chuście. I tak przez dni parę walczyłyśmy: ona się szarpała i prostowała nogi, ja próbowałam znów ułożyć ją w pożądanej pozycji. Dopiero później wyczytałam, że ratunkiem okazać się może właśnie chusta. Strach przed nieznanym osłabł. Bo nic tak nie motywuje jak chęć uratowania własnego dziecka przed problemami zdrowotnymi, w tym przypadku - szyny, rozpórki i inne "narzędzia tortur". I tak oto pojawiła się u nas chusta. No dobra, trzy chusty, bo nie lubię się rozdrabniać ;) To był strzał w dziesiątkę, bo Perełka pokochała motanie i z przyjemnością została moim najukochańszym "wkładzikiem"... Byłam przekonana, że trzy chusty to "świat i ludzie", że wystarczą mi już do emerytury. Naiwność ludzka nie zna granic :) Przez ostatnich parę miesięcy przewinęło się przez moje ręce dziewięć chust. Jedne zostały na dłużej, inne już są w nowych domach. Kolejne mam "na oku" i tylko resztki zdrowego rozsądku każą mi się powstrzymać. Żeby nie było, że nie ostrzegałam. To uzależnia!


Jest z nami od kilkunastu dni. Kolorystycznie w 100% "moja", o klasycznym wzorze. Z najcudowniejszym na świecie napisem "Wyprodukowano w Polsce". Bo Polak potrafi, także tkać porządne chusty. Kraciasta Lavender Evening od Luna Dream, bo o niej mowa, to chusta tkana splotem skośno-krzyżowym, jednym z najczęściej polecanych na początek cudownej przygody z chustonoszeniem. Klasyczny skład 100% bawełny i gramatura 220 g/m2 będą doskonałe dla noworodka, ale z powodzeniem poniosą i starsze dziecko. Z naszymi ośmioma kilogramami radzą sobie doskonale. Wyraźnie zaznaczony środek chusty ułatwia wiązanie. Całości dopełnia urocza naszywka z logo producenta. Takich miśków chętnie bym zobaczyła w swojej kolekcji jeszcze więcej :)






Chusty Luna Dream trafiają do nowych właścicieli wraz z czytelną instrukcją wiązania, przedstawiającą podstawowe typy wiązań. Będzie to doskonała ściągawka dla osób po spotkaniu z doradcą noszenia, jak również instrukcja dla osób, które z różnych względów z takiej fachowej konsultacji nie skorzystają. Nasze pierwsze spotkanie z Lavender Evening wspominam bardzo miło, bo tuż po wyjęciu z opakowania chusta jest mięciutka i aż się prosi żeby ją zamotać. Ale nic z tych rzeczy. Zaciskamy zęby, najpierw pranie. Czas potrafi się dłużyc niemiłosiernie. Wie to każdy, kto kiedykolwiek czekał aż chusta wyschnie przed pierwszym zamotaniem. Na szczęście tym razem poszło szybko i już następnego ranka lawendowa krateczka poszła w ruch. Pierwsze wrażenie? Ładnie pracuje, łatwo się dociąga i nie ma mowy żeby cokolwiek się luzowało, choć miałam lekkie wątpliwości czy przy takiej gramaturze i składzie chusta poradzi sobie z ciężarem Perełki - a raczej jak zniosą to moje ramiona i plecy. Zupełnie niepotrzebnie. Nosi się świetnie i wygląda na to, że mamy jeszcze "zapas" na kilka kolejnych kilogramów. Wracając do składu... Producent deklaruje 100% bawełny, ale wyraźnie wyczuwam domieszkę "sleepy dust" ;) Bo co innego mogłoby przyczynić się do tego, że moje małe szczęście zawsze (dosłownie!) w tej lawendzie tak słodko zasypia?





Gdybym miała krótko scharakteryzować tę chustę, napisałabym, że dzięki niej początkujący pokochają motanie, ale i ci bardziej doświadczeni będą mieli z niej pożytek, bo wiąże się ją naprawdę fajnie. Nie bez znaczenia jest też kraciasty wzór chusty - dla mnie rewelacja. Ale spokojnie, jeśli wolisz pasy lub na początek zależy Ci na chuście z krawędziami w różnych kolorach (żeby było się łatwiej odnaleźć), to klasyczne pasy również są dostępne i nie ustępują urodą mojej ukochanej kratce. Chusty Luna Dream są dostępne w regularnej sprzedaży bezpośrednio u producenta (klik) oraz w niektórych sklepach. Wybór jest szeroki, zarówno jeśli chodzi o sploty (wspomniany już skośno-krzyżowy, diamentowy i nowość w ofercie - żakardowy), jak i składy (bawełna, ale też domieszka wełny czy bambusa - idealne na lato). Oprócz Lavender Evening w postaci kratki (klik) polecam też pasy w tej samej kolorystyce (klik) i przede wszystkim najnowszy wzór - cudny, grubszy żakard Luna Jeans (klik).



Często słyszę "nie noś jej tak, bo się przyzwyczai". Doskonale! Właśnie o to chodzi! Chcę żeby się przyzwyczaiła, żeby chętnie dawała się motać i szeroko uśmiechała na widok chusty. Bo chusta to nie tylko środek transportu z punktu A do punktu B. To nośnik gigantycznej dawki miłości. Tej bliskości nikt nam nie odbierze. Nosiłam ją przez całe 40 tygodni pod sercem, noszę teraz w tych kilku metrach "szmaty" i nosić będę - dopóki ona sama nie uzna, że już tego nie potrzebuje. Nosiłam, noszę i nosić będę. Bo to piękny element macierzyństwa. I cieszę się, że w tej przygodzie będą mi towarzyszyć chusty Luna Dream.