piątek, 19 maja 2017

Poważna wada późnego macierzyństwa, o której rzadko się mówi

Coraz więcej kobiet zostaje mamami w późniejszym wieku. Czy to za sprawą świadomej, przemyślanej decyzji o odłożeniu macierzyństwa na później ("w pierwszej kolejności kariera", "najpierw muszę się wyszaleć" itd.), czy też ze względu na to, że tak potoczyły się ich losy (względy zdrowotne, brak odpowiedniego partnera itp.). Bez względu na to, do której grupy się zaliczasz, masz do czynienia z tymi samymi wadami i zaletami tego rozwiązania. Osobiście do tej pory widziałam głównie zalety. Jest jednak jedna taka wada późnego macierzyństwa, która z każdym dniem coraz bardziej mi doskwiera. I zdecydowanie za rzadko się o niej mówi...


Moja Mama urodziła mnie w wieku 35 lat, choć byłam już jej drugim dzieckiem - mam znacznie starszą siostrę. Jeśli dodamy do tego mój wiek, szybko okaże się, że moi Rodzice są już po 70-tce. I właśnie zostali dziadkami. Choć szczęśliwie pozostają w dobrym zdrowiu, nie mają już tej młodzieńczej werwy i siły, co jeszcze kilkanaście lat temu. A tu nagle takie wyzwanie. Ich pierwsza, długo wyczekiwana wnuczka. Przy małym dziecku dziadkowie są na wagę złota, ale muszą też mieć sporo siły.

Weźmy na przykład moich dziadków od strony Mamy. Choć mieli troje wnucząt, każde z nas traktowali na równi, z należytą uwagą. I z uczuciem. Dziadek uczył mnie jeździć na rowerze, cierpliwie biegając za mną po drodze. A na łące zrywał mi takie niebieskie kwiaty, okrutnie kłujące, bo tak bardzo mi się podobały. Babcia z kolei była królową słodkości. Karpatka i faworki - takich nie robi nikt! I pączki - zawsze wysmażone na wiór, wręcz spalone, ale przygotowane z sercem. Miałam 11 lat gdy odeszli. Mało. Zdecydowanie za mało... Ile jeszcze moglibyśmy razem zrobić, gdyby dano nam więcej czasu?!


Dziadkowie mają do odegrania w życiu dziecka ważną rolę. Mają bezcenne pokłady mądrości życiowej do przekazania. I nie oszukujmy się - często pozwalają na znacznie więcej niż rodzice. Już widzę to po zachowaniu moich Rodziców, a przecież Perełka ma zaledwie pół roku. Aż strach pomyśleć co będzie dalej. Kompletnie owinie ich sobie wokół palca. Ale dziadkowie są potrzebni nie tylko dziecku. Młodzi stażem rodzice często potrzebują wsparcia, choćby miało ono polegać na zrobieniu i podstawieniu pod nos herbaty. Wiem co mówię - sprawdzone... W idealnym świecie babcia ma czas i siłę żeby zająć się dzieckiem, pójść z nim na spacer, zaprowadzić do przedszkola. Nie chcę żeby źle to zabrzmiało, ale to właśnie babcia często zastępuje nianię. W moim przypadku od początku wiedziałam, że to już nie będzie miało miejsca. I to nie z braku chęci u mojej Mamy, lecz z powodu jej wieku i mniejszej ilości energii do opieki nad żywym srebrem.


Co tak właściwie chciałam przekazać? To, że decydując się na późne macierzyństwo musimy się liczyć z konsekwencjami. W tym przypadku nikt nie zyskuje, wszyscy tracą. Dziecko - energicznych dziadków - czy w ogóle będzie ich pamiętać? Dziadkowie - cierpią, bo są świadomi swoich ograniczeń - chcieliby, a nie mogą. Rodzice - bo nie otrzymają od dziadków pomocy w aż tak szerokim zakresie. Oczywiście, moi Rodzice cieszą się, że zostali dziadkami, ale ja... żałuję, że nie dałam im tej radości wcześniej. I czasami chodzi mi po głowie taka myśl... Żeby tylko zostali z nami na tak długo, by ONA dobrze ich zapamiętała...

środa, 10 maja 2017

#SuperMama - akcja honorującą wszystkie mamy!

To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba ;) Nominacja. Do czego? Do kolejnej blogerskiej zabawy. O co chodzi tym razem?


Blogerka Troskliwa Mama zapoczątkowała akcję "Super Mama", jako polską wersję akcji #RockingMotherhood, popularnej na anglojęzycznych blogach parentingowych. Akcja polega na nominowaniu trzech wybranych przez siebie blogujących mam, które naszym zdaniem zasługują na miano Super Mamy. Zadaniem nominowanych mamusiek jest napisanie (wymienienie 10 powodów) dlaczego uważają się za Super Mamę. Proste? Ale czy umiesz sama docenić to, co robisz dla swojego dziecka?

Nominację do zabawy niespodziewanie otrzymałam od Sylwii z bloga Sylwia i Dzieci. Bardzo dziękuję za to wyróżnienie. Bo czy naprawdę uważam się za Super Mamę? Czy uda mi się wynaleźć aż 10 dowodów na potwierdzenie tej tezy? Rękawica rzucona, trzeba podnieść...

1. Zostałam mamą, gdy z powodów zdrowotnych stało to pod wielkim znakiem zapytania. Lekarze zalecali ostrożność, nie dawali zbyt dużych szans, a jednak postawiłam na swoim. Udało się!

2. Stanęłam na rzęsach żeby karmić córeczkę piersią, choć początki były koszmarnie trudne. Jednak "cyc" był absolutnym priorytetem.

3. Staram się być przy Perełce zawsze wtedy, gdy mnie potrzebuje - a z racji swojego wieku potrzebuje mnie prawie cały czas. Z różnych względów praktycznie opiekuję się nią sama. Męczące i dodające energii jednocześnie.

4. Nie dramatyzuję. To dla mnie nietypowe, bo mam histeryczną naturę. Jednak przy dziecku zachowuję zimną krew. Podwyższona temperatura, problemy skórne, katar, cokolwiek - nie są w stanie mnie załamać. Histeryzowanie nie rozwiąże żadnego problemu.

5. Uczę córę miłości i szacunku do zwierząt. Bo psa się głaszcze, a nie szarpie za ucho czy jeździ na nim jak na kucyku - a i takie "kwiatki" się widuje.

6. Dbam o to, żeby moje dziecko rozwijało się w korzystnych warunkach środowiskowych. Mam tu na myśli mazurską głuszę zamiast naszej rodzinnej Warszawy. Choć, paradoksalnie, cenę płacę za to wysoką. Ceną tą jest rozłąka z "Tatą po 30-tce...", który przecież ma pracę w stolicy.

7. Filtruję "dobre rady". Sama decyduję które wezmę do serca, a które wypuszczę drugim uchem.

8. Dbam o to, żeby moje dziecko miało zagwarantowaną matczyną bliskość gdy tylko jej zapragnie - więcej na ten temat niebawem.

9. Pilnuję rozwoju fizycznego i emocjonalnego mojego dziecka. Zabawa, czytanie, śpiewanie piosenek czy choćby wspólne rechotanie się bez powodu. Banał? Być może...

10. Kocham tę małą istotkę z całego serca, jak nigdy nikogo. Bo czy nie to właśnie czyni nas super mamami?

Tak, wiem, nie robię nic wyjątkowego. Jedynie słucham głosu serca. W wielu kwestiach działam instynktownie. Cały czas uczę się tej roli i coraz lepiej się w niej odnajduję. Ale też jestem pewna, że dla Perełki jestem Super Mamą. Moje pokłady miłości do niej są nieograniczone i tak już pozostanie.

Aaa, byłabym zapomniała...
Nominacje!

Kolejne Super Mamy to:
Sylwia z Młoda Mama Pisze (masz już trochę tych nominacji - niech Ci to da do myślenia ;))
Agata z Beztroska Mama
Patrycja z Petronella - Czyli Ja i Moje Serca Dwa​

Dziewczęta, do dzieła!

czwartek, 4 maja 2017

Zadbana mama: kosmetyki APIS Kakadu Plum

Kiedy stajesz się mamą, Twoje życie zmienia się diametralnie - następuje całkowite przewartościowanie. Jest jednak jedna rzecz, której nie chcesz zmieniać. Pomimo natłoku codziennych obowiązków chcesz nadal czuć się kobieco. Jednak zwłaszcza w pierwszych miesiącach swojej nowej życiowej misji wolne chwile można śmiało policzyć na palcach jednej ręki, więc po prostu najczęściej nie ma mowy o skomplikowanych zabiegach upiększających. Warto wtedy sięgnąć po kosmetyki, które będą jednocześnie skuteczne i łatwe w stosowaniu. Różnorodne linie profesjonalnych kosmetyków można znaleźć u APIS Cosmetics.


Moje pierwsze​ skojarzenie z marką APIS - kosmetyki z mleczkiem pszczelim. Drugie - polska produkcja. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że asortyment firmy jest znacznie szerszy i obejmuje aż kilkadziesiąt linii kosmetyków. W tej sytuacji utarte powiedzenie, że "każdy znajdzie tu coś dla siebie" nabiera nowego znaczenia i w najmniejszym stopniu nie jest przesadzone.

W moje ręce trafiły kosmetyki z czterech serii:
- Kakadu Plum
- Home terApis
- Discolouration - Stop
- OXY O2 Terapis
Długo zastanawiałam się po które sięgnąć w pierwszej kolejności, ale ostatecznie wybór padł na Kakadu Plum. Ciekawość zwyciężyła! Podstawowym składnikiem aktywnym tej serii jest bowiem ekstrakt ze śliwki kakadu, która okazuje się być najcenniejszym na świecie źródłem witaminy C. I pomyśleć, że do tej pory nazwa "kakadu" kojarzyła mi się wyłącznie z papugą...


Serum śliwkowe KAKADU PLUM

Serum otrzymujemy w sporym, eleganckim opakowaniu z wygodnym aplikatorem, pozwalającym na precyzyjne dawkowanie kosmetyku. Być może jeszcze tego nie wiecie, ale zawodowo jestem związana z branżą poligraficzną, więc siłą rzeczy zwracam szczególną uwagę na opakowanie i etykietę. Tu wszystko jest zaprojektowane ze smakiem - oszczędnie i stylowo, a złocenia dodają prestiżu.

Serum śliwkowe jest wyjątkowo przyjemne w użyciu. Ma jedwabistą konsystencję i bardzo łatwo rozprowadza się na skórze. Wchłania się momentalnie i nie pozostawia nieprzyjemnego filmu. Warto zwrócić uwagę na specyficzny, śliwkowy zapach - mi osobiście bardzo on odpowiada.

Jeśli zaś chodzi o skuteczność, to jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Już po kilku dniach regularnego stosowania skóra twarzy i dekoltu stała się zdecydowanie lepiej nawilżona i wygładzona. Odniosłam też wrażenie, że w mniejszym stopniu na mojej twarzy widać zmęczenie, a skóra nabrała blasku i wigoru.

Ogólnie jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona i mam nadzieję, że wystarczy mi na długo, bo ewidentnie służy mojej skórze. Serum z serii Kakadu Plum można zamówić tutaj.



Maska śliwkowa KAKADU PLUM

Maska z serii śliwkowej występuje w dużej tubie o pojemności 200 ml. Jest to opakowanie uniwersalne, umożliwiające wygodne korzystanie z kosmetyku. Formuła maski, z założenia dłużej utrzymującej się na skórze, sprawdza się doskonale, gdy mam dla siebie więcej niż tylko kilka minut. Po jej zastosowaniu skóra momentalnie staje się miękka i przyjemnie nawilżona. Jest to idealne dopełnienie rytuału pielęgnacji twarzy. Przyjemność, relaks i odżywienie w jednym.

Składniki aktywne są tu zbliżone do tych znajdujących się w serum. Podstawą jest ekstrakt ze śliwki kakadu, ale mamy tu także ekstrakty z wiśni, mango i jagód goji. Prawdziwa bomba witaminowa! Całości dopełnia olej z uwielbianych przeze mnie nasion chia, które jednak do tej pory traktowałam jedynie jako zdrowy dodatek do potraw. Tu jednak antyoksydacyjne właściwości oleju z nasion szałwii hiszpańskiej skrzętnie wykorzystane są do celów kosmetycznych. Pomysł z gatunku doskonałych!

Maska śliwkowa okazała się przyjemnym uzupełnieniem pielęgnacji skóry twarzy. Pojemne opakowanie na pewno wystarczy na długo, a kosmetyk można kupić tutaj.



Serum oraz maska z serii Kakadu Plum zaskoczyły mnie mnogością składników aktywnych, z którymi do tej pory nie miałam styczności w kosmetykach. Jeśli dodamy do tego przyjemny zapach, fajną konsystencję i, przede wszystkim, skuteczność, otrzymujemy kosmetyki zdecydowanie godne uwagi. Mogę śmiało polecić je wszystkim osobom, których skóra wymaga troskliwej opieki i nawilżenia. U mnie sprawdziły się idealnie!



wtorek, 25 kwietnia 2017

Blogosfera Canpol - dziewczynka też chce zostać piratem!

Znacie mnie już na tyle, że na pewno dobrze wiecie, że przy każdej okazji trąbię na prawo i lewo żeby wspierać nasze, polskie… Tak się akurat składa, że mamy na naszym rynku firmę, która powstała tuż po transformacji systemowej, czyli istnieje na rynku już ponad 25 lat. Ćwierć wieku doświadczenia! Oczywiście chodzi o Canpol (KLIK), niekwestionowanego lidera rynku akcesoriów dla niemowląt. Założę się, że ciężko jest znaleźć w Polsce mamę, która nie ma w swojej „kolekcji” butelki, smoczka czy też zabawki z Canpolu – a to wszystko ze względu na wysoką jakość, przystępne ceny i powszechną dostępność produktów tej firmy.





Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że Canpol często organizuje konkursy dla rodziców, zarówno na portalu (KLIK), jak i na swoim profilu na Facebooku (KLIK) – warto trzymać rękę na pulsie i brać czynny udział w akcjach! Oprócz tego Canpol prowadzi też program Blogosfera, w ramach którego blogujące mamy mogą testować i recenzować produkty, a także organizować konkursy dla swoich czytelników, z rewelacyjnymi nagrodami, od Canpolu oczywiście. Ja również chciałabym dorzucić swój kamyczek do tego ogródka i znów próbuję szczęścia w Blogosferze. Jeśli Wy też chciałybyście spróbować swoich sił, pamiętajcie: zgłaszamy się pod adresem http://canpolbabies.com/pl/blogosfera.  W tym miesiącu można testować karuzelę na łóżeczko "Piraci" lub też zorganizować na swoim blogu konkurs z karuzelą jako nagrodą. Moja Perełka nie należy do dzieci mało energicznych i jestem ciekawa czy wspomniana karuzela będzie potrafiła skupić jej uwagę i zapewnić spokojny wypoczynek. Powiecie, że piraci to motyw typowo chłopięcy. A ja zapytam: dlaczego? Precz ze stereotypami! Sama jako dziecko chętnie bawiłam się samochodzikami, więc czemu miałabym decydować za moje dziecko czy ma fascynować się tylko lalkami i kucykami?



Tym razem chciałabym nie tylko przetestować i zrecenzować karuzelę na blogu, ale również zorganizować dla Was konkurs. Wiem, że będą chętni, bo nagroda jest wyjątkowo kusząca! Zatem trzymajcie kciuki!

piątek, 21 kwietnia 2017

Słodki test na starość - sprawdź się!

Słodycze są źródłem przyjemności, to oczywiste. A co jeśli możemy ich także użyć w celach diagnostycznych? Wchodzisz w to? Przeprowadzimy szybki test na starość.

Czy wiesz co przedstawia poniższe zdjęcie?


Jeśli nie wiesz - no cóż, jeszcze całe życie przed Tobą...
Jeśli zaś wiesz - hmmm... Witaj w klubie tych bardziej doświadczonych życiowo :)

Tak właśnie. To blok czekoladowy w całej swojej okazałości. Cudowny relikt PRL-u. Moje pokolenie powinno znać go doskonale, bo gdy półki sklepowe świeciły pustkami, nierzadko jedyną szansą żeby zjeść coś czekoladopodobnego było zrobienie sobie w warunkach domowych biedniejszego zamiennika boskiej czekolady. Dziś wybór czekolad jest przeogromny, a z ich dostępnością nie ma najmniejszego problemu. Jednak blok to wspomnienie dzieciństwa i związanej z nim beztroski. Po wielu latach przerwy postanowiłam przypomnieć sobie ten specyficzny smak. I wiecie co? Kocham go!

Znasz ten smak i chcesz go sobie przypomnieć? A może w ogóle nie wiesz co jest grane? Wierz mi, warto poświęcić parę minut i wyczarować w kuchni ten miliard kalorii.


Składniki:
- 400g mleka w proszku
- 250g masła
- niepełna szklanka cukru
- pół szklanki wody
- 4-5 łyżek kakao
- duża paczka herbatników (polecam pełnoziarniste z Biedry)

Przygotowanie:
Masło roztapiamy w garnuszku, a następnie dodajemy cukier, wodę i kakao. Podgrzewamy i mieszamy aż cukier się rozpuści. Zdejmujemy z ognia i czekamy aż nieciekawie wyglądająca mieszanka przestygnie. W międzyczasie do dużej miski albo garnka wsypujemy mleko w proszku i pokruszone herbatniki. Na to wylewamy kakaową maź i dokładnie mieszamy. Masę wykładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do lodówki, najlepiej na noc. Następnego dnia możemy przystąpić do konsumpcji, jednocześnie modląc się żeby baterie w wadze łazienkowej wyzionęły ducha :)

Przepis jest o tyle śmieszny, że można w nim mieszać. Ilość cukru i kakao można dostosować do swoich preferencji, a całość można uszlachetnić bakaliami (choć osobiście uważam to za przerost formy nad treścią). Kiedyś też w ramach eksperymentu zastąpiłam kakao kawą rozpuszczalną i szczerze mówiąc efekt był powalający. Taki banał, a tyle radości...

Tak więc jeśli pamiętasz ten relikt czasów słusznie minionych, prawdopodobnie masz już swoje lata. Nie przeskoczymy tego. Taki to ten słodki test na starość. Przyznaj się: jaki jest jego wynik w Twoim przypadku? :)

środa, 12 kwietnia 2017

6 hitów zakupowych ostatnich tygodni

Muszę się Wam do czegoś przyznać, tak w ramach terapii. Lubię wydawać pieniądze i to niekoniecznie tylko na rzeczy niezbędne. Wystarczy, że chcę sobie po prostu poprawić humor (to takie typowo "babskie") albo trafię na jakąś promocję. Kiedyś moim łupem padały głównie buty, torebki i biżuteria, ale odkąd pojawiła się ONA, zakupy wyglądają kompletnie inaczej... Zobaczcie co dopadłam na przestrzeni ostatnich tygodni i z czego jestem naprawdę zadowolona. Może znajdziecie coś dla siebie?


1. otulacz muślinowy Lullalove

Odnoszę wrażenie, że każdy normalny rodzic zaopatruje się w otulacze na etapie kompletowania wyprawki dla noworodka. Kto z nas nie widział bowiem uroczych zdjęć niemowląt owiniętych szczelnie jak w kokonie? Otóż ja jak zwykle muszę zrobić po swojemu i pierwsze otulacze kupiłam gdy Perełka miała skończone 4 miesiące. Spowijania i wszelkich czynności jemu podobnych szczerze nie znosiła, każda próba kończyła się wrzaskiem, więc przecież nie będę się kopać z koniem. Ale gdy maluch jest już większy - otulacz naprawdę może się przydać. Jako że naprawdę pokochałam polską markę Lullalove, to tam skierowałam pierwsze kroki. Zamówiłam otulacz muślinowy (40% bambus, 60% bawełna) w "dziewczyńskim" wzorze i obgryzając pazury czekałam na przesyłkę. To była miłość od pierwszego wejrzenia: miękki, przewiewny, leciutki. Sama chętnie bym się nim przykryła, ale rozmiar 100 x 100 cm raczej na to nie pozwoli ;) Pozwoli natomiast na wykorzystanie go na tysiąc sposobów przy dziecku. Jako lekki kocyk w domu lub na dworze, jako prześcieradełko albo zasłonka do wózka, chroniąca przed słońcem (czy wiecie, że wiskoza bambusowa chroni przed promieniami UV?), nawet jako lekka moskitiera czy ręcznik. Cudo! Mój absolutny numer jeden, właśnie zamówiłam kolejny, bo moja pazerność nie zna granic. Otulacz muślinowy Lullalove zamówisz tutaj. A jeśli chcesz go mieć taniej, zaglądaj do działu "II gatunek" - można tam znaleźć świetne produkty w atrakcyjnych cenach i zaopatrywanie się tam nie jest żadną ujmą na honorze. Sama często to robię i bardzo sobie chwalę :)






2. klipsy do wózka Dreambaby

Skoro już mam ten boski otulacz, dobrze by było mieć możliwość zamocowania go do wózka. Na początku próbowałam go przywiązywać do rączki gondoli, ale nie oszukujmy się: było to upierdliwe. Pewnego dnia, buszując po sklepach internetowych, natknęłam się na klipsy do wózka znanej marki. Cena skutecznie mnie zniechęciła, ale zaczęłam szukać alternatywy. Z pomocą przyszedł sklep Smyk, w którym znalazłam klipsy Dreambaby (klik). Komplet 4 sztuk w bardzo przyzwoitej cenie, różne kolory. Czy się przydają? Bardzo. Do mocowania otulacza w celu ochrony przed słońcem (zarówno do wózka, jak i fotelika samochodowego), ale też do zabezpieczenia kocyka w gondoli, wszak moje dziecię tak wierzga nogami, że kocyk ciągle ląduje nie tam, gdzie powinien. Idealne do mocowania zabawek. Myślę, że klipsy przydadzą się też w warunkach domowych, np. do przyczepienia różnych przedmiotów w łóżeczku. Tej opcji jeszcze nie próbowałam, ale wszystko przed nami.




3. otulacze flanelowe Motherhood

Otulaczowego szału ciąg dalszy. Firmę Motherhood cenię bardzo, zresztą mam mnóstwo jej produktów, od poduszki ciążowej, przez śpiworki, po flanelki i wielofunkcyjne woreczki Mon Petit Bleu. Zaopatrzyłam się więc dodatkowo w otulacze muślinowe (bawełniane) oraz otulacze flanelowe. O ile te pierwsze potrzebują jeszcze trochę miłości (i prania), żeby nabrać miękkości, to flanelowe są genialne już od samego początku. Spore, miękkie, idealne na leciutki kocyk albo miękkie prześcieradło (idealny do tego wymiar 120 x 80 cm). Co więcej, aktualnie trwa wyprzedaż starszych wzorów i otulacze można kupić nawet za połowę ceny - o tu (klik). Ogólnie warto poszperać na stronie Motherhood, bo można kupić wiele przydatnych i dobrych jakościowo produktów w bardzo korzystnych cenach, jak np. 29 zł za ochraniacz na szczebelki łóżka. Ja swój już zamówiłam, teraz czas na Ciebie!





4. szczotka do włosów Lullalove

Kocham tę firmę, to nie ulega wątpliwości. I gdy już nasza stara szczotka do perełkowej łepetyny zaczęła działać mi na nerwy (kompletnie nie była w stanie wyczesać ciemieniuchy), zamówiłam szczotę Lullalove. Elegancka, drewniana rączka i naturalne włosie. Wrażenie estetyczne - rewelacja. Czy wyczesuje? Jest na tyle szorstka, że z ciemieniuchą radzi sobie świetnie i jednocześnie na tyle delikatna, że nie podrażnia skóry głowy. Dodatkowo w zestawie dostajemy myjkę muślinową (tak tak, te same wzory i materiał co otulacz) - genialna do kąpieli albo choćby jako chusteczka do wycierania buźki. Często służy nam też jako... zabawka i przytulanka. Zestaw idealny. A że jestem pazerna i lubię mieć na zapas, zamówiłam też drugi komplet... Szczotkę w zestawie z myjką znajdziecie tutaj. Pssst! Tu też można polować na II gatunek!



5. nawilżane chusteczki w pudełku Babydream

Chusteczki w plastikowym pudełku. Co w nich nadzwyczajnego? Otóż Rossmann zmodyfikował konstrukcję pudełka i teraz otwór do wyciągania chusteczek jest wyposażony w elastyczny element, który zapobiega "uciekaniu" chusteczek do środka opakowania (w poprzedniej wersji mieliśmy po prostu plastikowy, owalny otwór). Dodatkowo "guziczek" do otwierania pudełka jest inny, zdecydowanie wygodniejszy. Mała rzecz, a cieszy! W środku jak zwykle moje ulubione chusteczki Babydream Extra Sensitive (te różowe; klik). Dobry skład, żadnych świństw, łagodnie obchodzą się z pupą. Oczywiście pudełko jest wielokrotnego użytku i bardzo ułatwia korzystanie z chusteczek przy każdej zmianie pieluchy czy też wycieraniu rąk. Dla mnie - absolutna podstawa, nigdy więcej opakowania z chusteczkami walającego się luzem po szafce i wymagającego zaklejania po każdym użyciu!




6. naszyjnik - gryzak Mami Love

Jesteś mamą. Bierzesz swoje dziecko na ręce, to oczywiste. Nosisz w chuście lub nosidle, albo po prostu na rękach (ojjj, moje plecy...). Na początku dziecko po prostu podróżuje sobie i przytula do mamy, ale na pewnym etapie rozwoju zaczyna przejawiać zainteresowanie tym, co wisi na maminej szyi. Jeśli jest to wisiorek z drogocennego kruszcu - biada mu. Perełka już tysiąc razy szarpała mnie za wisiorek i próbowała go obśliniać. I wtedy... Zamówiłam biżuterię z silikonowych elementów, która pełni też funkcję gryzaka dla dziecka. Prosta konstrukcja (choć są też bardziej wymyślne!), bezpieczne elementy, atrakcyjne ceny - to wszystko znajdziecie u Mami Love. Teraz możemy się nosić do woli, a dziecko ma zajęcie w postaci takiego właśnie wisiorka.



Wszystkie te produkty mogę Wam z czystym sumieniem polecić. U mnie sprawdzają się doskonale i są w codziennym użyciu już od jakiegoś czasu. Mam już też na oku kolejne "ofiary" zakupowe. Czy wiecie, że moje dziecko jeszcze nie dorobiło się pościeli? Mam w tej kwestii ciężki orzech do zgryzienia, bo zarówno Motherhood, jak i Lullalove mają boskie komplety pościeli, więc decyzja nie będzie należała do łatwych. Jedno jest pewne - jak już dokonam tego trudnego wyboru, na pewno dowiecie się czy był on trafiony. Oprócz pościeli jeszcze gryzaki, zabawki, może jakaś bluza dla dwojga (do noszenia się w chuście). Oj, będzie się działo. Dobrze, że mamy z Tatą po 30-tce rozdzielność majątkową ;)

Mili Moi, ogłaszam wszem i wobec, że artykuł nie jest sponsorowany, chyba że przez ZUS ;)
Czy Wam też ostatnio udało się upolować coś ciekawego? Pochwalcie się! Może i ja się skuszę!


środa, 5 kwietnia 2017

Macierzyństwo zdusiło moje pasje...

Chyba każdy trzeźwo myślący człowiek decydując się na dziecko zdaje sobie sprawę z tego, że czeka go rewolucja. Kompletna zmiana dotychczasowego trybu życia. Nie inaczej było też ze mną. Wiedziałam, że w moim życiu zajdą nieodwracalne zmiany i byłam na to gotowa. Ale czy na pewno?

 
 Jak było

Chcę wierzyć w to, że każdy człowiek ma jakieś pasje, którym się oddaje i które pozwalają mu uciec od codziennych problemów. Moje hobby było właśnie taką odskocznią, dzięki której potrafiłam łatwiej radzić sobie z problemami. Ostatnie lata upłynęły mi pod znakiem sportu, oczywiście na poziomie amatorskim i do bólu rekreacyjnym. Przez wiele lat byłam mocno zaangażowana w "psie" sporty z agility na czele, więc regularne treningi i zawody stanowiły znaczącą część mojego życia. Cudowna pasja, a właściwie sposób na życie! Z biegiem czasu zaczęłam też bawić się w dogtrekking - bo czy może być coś piękniejszego niż pokonywanie z psem leśnej trasy w oparciu o mapę, której praktycznie się nie rozumie? Zdarzało mi się na trasie 15-kilometrowej natłuc tych kilometrów 18, bo błądziłam po lesie. Zdarzało mi się też momentami nieść psa pod pachą, bo miałam wyrzuty sumienia, że zbytnio przeciążam moją 11-letnią wówczas emerytkę (młodsza była kontuzjowana). Niemniej jednak psie sporty to było to! Kocham moje psy i aktywne spędzanie z nimi czasu jest dla mnie ogromną przyjemnością, zwłaszcza że wyznaję zasadę iż "zmęczony pies to szczęśliwy pies"...

Intensywnie poświęcałam się też bieganiu, tak modnemu w ostatnich latach. Był to dla mnie sposób na poprawę formy (zrozumie to tylko ten, kto przez całe życie walczył z niechcianymi kilogramami), a także metoda zwalczenia potworów z przeszłości (w szkole sprawdziany z biegania były dla mnie koszmarem, który śnił mi się po nocach - już wiem dlaczego, ale o tym innym razem). Robiłam sobie 3-4 treningi biegowe w tygodniu, regularnie startowałam też w imprezach biegowych. Zawsze była to bardziej walka z samą sobą niż z innymi biegaczami, a radość na mecie była bezcenna. Zwłaszcza po dwóch półmaratonach, ukończonych w dzikim upale i palącym słońcu. Osiągane przeze mnie wyniki nigdy nie były dobre - ale czy naprawdę o wyniki w tym wszystkim chodzi? Kochałam to!

Zimą królował snowboard, za który zabrałam się dopiero w wieku 25 lat, wychodząc z założenia, że lepiej późno niż wcale. Spójrzmy prawdzie w oczy: nie mam do tego smykałki, ale jestem na tyle uparta żeby jakoś tam sobie radzić. Do tego łyżwy, na których jeżdżę od wielu lat - bez względu na to, czy jest to tor łyżwiarski na Stegnach w Warszawie, czy też porządnie zmrożone mazurskie jezioro.

Aktywność fizyczna zawsze odgrywała sporą rolę w moim życiu i na dobrą sprawę nie zamierzałam tego zbytnio zmieniać, także już będąc w ciąży. Niestety, groźne plamienie w I trymestrze przekreśliło moje plany związane z agility i bieganiem z Perełką w brzuchu. Lekarz kategorycznie zabronił. Po jakimś czasie zezwolił mi tylko na spacery. Zwykłe były nudne i mało intensywne, więc do gry wkroczyły kije do nordic walking. Mimo to czułam pewien niedosyt i obiecałam sobie, że od razu po zakończeniu połogu wracam do gry. Poród w listopadzie, bieganie od stycznia, na początku maja pierwszy start w biegu masowym. Do tego treningi online z cudowną FitMom - Anią Dziedzic. Wszystko miałam zaplanowane! Ale...



Jak jest

Moje ukochane i długo wyczekiwane dziecię pokrzyżowało mi plany :) Perełka aż do ostatniej chwili postanowiła pozostać ułożona pupą w kierunku "wyjścia", co musiało skończyć się cesarką. No cóż. Po cesarskim cięciu trzeba trochę dłużej poczekać ze wznowieniem treningów, powiedzmy jakieś 2 miesiące. Co to dla mnie! Dam radę! Start w maju nadal aktualny!

Czas mijał, upragniony moment powrotu do "obiegu" zbliżał się wielkimi krokami. I co? Brutalne zderzenie z rzeczywistością. Nagle staje się jasne, że opieka nad dzieckiem pochłania mnie bez reszty. Perełka okazuje się być dzieckiem trudnoodkładalnym. Jeśli zasypia, to albo w wózku na spacerze, albo przy piersi. Spróbuj wtedy ją odłożyć, to już po tobie... Hipotetycznie mogłaby zostać na jakieś 45 minut z "Tatą po 30-tce". To by spokojnie wystarczyło na początek, żeby trochę potruchtać w pobliskim parku. Jest tylko jeden szkopuł - Tata się nie zgadza, protestuje, są o to kłótnie. Cholera, nie tak miało być. W efekcie jestem uwiązana w domu, z dzieciną, którą kocham nad życie - ale jednak uwiązana...

Lekarz mój ukochany, który tak dzielnie przeprowadził mnie przez całą ciążę, również przeciwko mnie. "Nie dasz rady biegać dopóki karmisz" - powiedział na wizycie kontrolnej - "Piersi się napełnią i będą boleć". Zdruzgotana wracam do domu i z niedowierzaniem przegrzebuję sieć - kiedyś u FitMom widziałam tekst - ćwiczenia vs. karmienie. Mam... Można, przeciwwskazań brak. Tylko skąd takie podejście u lekarza? Bądź co bądź, zasiał ziarenko niepewności...

Dziś, blisko 5 miesięcy po porodzie, jedyną formą aktywności są spacery. Na więcej nie mam ani czasu, ani sił - skoro praktycznie tylko ja zajmuję się dzieckiem... Tak, wiem, kilka wpisów temu sama doradzałam Wam, że trzeba umieć upominać się o pomoc. W końcu nie można się zarzynać, prawda? Niestety, w moim przypadku proszenie o pomoc sprawdza się jeśli chcę wziąć szybki prysznic albo wypić ciepłą herbatę. O wyjściu z domu bez dziecka nie ma mowy. Szczerze? Tego nie przewidziałam, przyznaję...



Jak będzie

Boję się planować, bo moje plany sprzed porodu, jak widać, koncertowo wzięły w łeb. Widzę jednak malutkie światełko w tunelu. Nadzieja na choćby częściowy powrót do starych form aktywności jest oparta na procesie nieubłaganym, jakim jest rozwój i dojrzewanie (jak to brzmi!) mojej córy. Wierzę, że z każdym tygodniem, z każdym miesiącem będzie nam łatwiej. Być może dojdziemy kiedyś do takiego etapu, że "Tata po 30-tce" nie będzie tak panicznie bał się zostać ze swoją pociechą. Może któregoś dnia dostanę "wychodne". Jeśli nie z tym mężczyzną to z innym. Zabrzmiało groźnie? Spokojnie, mam na myśli mojego Tatę, "Dziadka po 70-tce" ;-) Zaoferował się, że będzie mógł zostać z Perełką, ale dopiero latem, jak będzie starsza. Albo weźmie ją do wózka na spacer, a ja będę sobie biegała gdzieś w pobliżu, żeby w razie czego móc przyjść z pomocą, gdyby sytuacja stała się trudna do opanowania. Można? Można... Mam nadzieję... O majowym starcie mogę zapomnieć, ale wrzesień? Czemu nie?

Psy... One wciąż są tu najbardziej poszkodowane. Do agility póki co będzie mi ciężko wrócić, ale cała nadzieja w dogtrekkingu. Szykuje się jeden pod koniec kwietnia. Korci mnie żeby wziąć Perełkę w chuście, albo nawet w wózku i przejść sobie jakąś krótką trasę. Czysto turystycznie. Mój umysł tego potrzebuje. Takiej namiastki "przedciążowej normalności".

Pewnie, że przeczuwałam rewolucję. Wiedziałam że wszystko się zmieni. Ale szczerze mówiąc, wierzyłam w to, że moje pasje nie zginą pod stertą pieluch. Chwilowo są zduszone, stłamszone i rzucone w kąt, ale nie mogę tego tak po prostu odpuścić. Bo ja kochałam swoje dawne życie. I choć macierzyństwo jest najcenniejszym darem, jaki otrzymałam od losu, muszę stanąć na rzęsach, żeby choć część mojego wcześniejszego życia przetrwała.

Powiedzcie, drogie mamy. Jak wyglądało to w Waszym przypadku? Kompletne przebiegunowanie czy jednak udało się uratować coś z "dawnego życia"?