Jestem człowiekiem starej daty, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Sprzed dobrych trzydziestu lat pamiętam taki oto obrazek: miska z ciepłą (gorącą?) wodą, kilka kropli jakiegoś specyfiku i... ręcznik.
Ale o co chodzi?! Otóż w obliczu przeziębienia czy, co gorsze, zapalenia oskrzeli, głowa lądowała nad miską, na głowie lądował ręcznik i w najlepsze trwała inhalacja. Wstrętne wdychanie ciepłych oparów. Duchota straszliwa. Ale pomagało. Nos odzyskiwał drożność, oskrzela szybciej wracały do formy. Szczęśliwie teraz mamy sprzęt, który zastępuje miskę z ręcznikiem i robi to profesjonalnie.
W naszym domu dość niespodziewanie pojawił się inhalator z irygatorem Sanity PRO. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tego typu sprzętem, stąd też pojawiły się wątpliwości czy będę potrafiła z niego korzystać. Do pierwszej próby skutecznie zachęcił mnie mój stan zdrowia, a dokładniej rzecz ujmując, wstrętne przeziębienie, które mi się przyplątało. A jak powszechnie wiadomo, mama nie może iść na zwolnienie. I tak oto doszło do mojego pierwszego bliższego spotkania z Sanity PRO.
Otwieram zgrabny kartonik, a tam całkiem sporych rozmiarów sprzęt, wyglądający bardzo porządnie. Na samym wierzchu instrukcja obsługi, dość krótka i treściwa. Czułam się naprawdę źle, więc tylko rzuciłam na nią okiem i zabrałam się za montaż. Całe szczęście jest on bardzo intuicyjny, tak naprawdę chyba nie da się tego inhalatora poskładać niewłaściwe... Dzięki temu bardzo łatwo jest postawić go w stan gotowości, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.
Korpus Sanity PRO został wyposażony w przestronną komorę, w której mieszczą się praktycznie wszystkie elementy inhalatora, więc wszystko zawsze jest pod ręką, nic się nie zgubi i nie będzie latać luzem po kartonie. Sprzęt wykonany jest z wysokiej jakości tworzywa, więc jest to inwestycja na lata. Czy korzysta się z niego wygodnie?
Po błyskawicznym montażu wystarczy tylko umieścić w odpowiedniej komorze roztwór soli morskiej do inhalacji lub zalecony przez lekarza preparat, założyć maskę na usta i nos, a następnie włączyć inhalator. Sanity PRO posiada 3-stopniową regulację wielkości cząsteczek, tak, żeby ich wielkość była dostosowana do potrzeb: inna dla górnych, a inna dla dolnych dróg oddechowych. Sama maska dobrze przylega do twarzy i nie powoduje dyskomfortu. Warto dodać, że producent umieścił w zestawie dwie maski: większą dla dorosłych i mniejszą dla dzieci. Na szczęście nie miałam potrzeby stosowania inhalatora u córki - najwyraźniej ma lepszą odporność niż jej mama! Przymierzyłam jej natomiast sama maskę - po to, żeby sprawdzić czy w razie czego będzie się nadawała dla 15-miesięcznego dziecka (pasuje!), ale też po to, żeby oswoić córkę z takim nietypowym dla niej przedmiotem.
Sanity PRO podczas pracy nie jest bardzo głośny, wydaje dźwięki zbliżone do kompresora, jednak znacznie cichsze. Nie obudził dziecka drzemiącego w pokoju obok, ani też nie wystraszył córki gdy podczas kolejnej inhalacji przyszła zobaczyć czym ciekawym zajmuje się mama. Dodatkowym atutem jest także to, że Sanity PRO może pracować właściwie bez przerwy.
Jakie są efekty? Mój nienawistnie zatkany nos poddał się praktycznie bez walki. Nieżyt odpuścił całkowicie po dwóch dniach inhalacji. Sama inhalacja jest nawet przyjemna! W niczym nie przypomina tego ślęczenia w zaduchu pod ręcznikiem. Irygacja także nie powoduje dyskomfortu. Pomyślałam sobie nawet, że fajnie byłoby ją stosować od czasu do czasu ot tak, żeby nawilżać śluzówkę i oczyszczać nos, zwłaszcza jak już przyjdzie nam powrócić z tego mazurskiego "sanatorium" do domu, do stolicy...
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Sanity PRO jest wysokiej jakości inhalatorem na lata. Zapewni nieocenione wsparcie w chorobie dróg oddechowych i rodzica, i dziecka. Docenią go także alergicy i osoby borykające się z chorobami przewlekłymi. Gdzie można go kupić? Inhalator Sanity PRO jest dostępny w renomowanych aptekach (także online) oraz bezpośrednio na stronie producenta. Polecam, warto!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 8 lutego 2018
wtorek, 16 stycznia 2018
Pieluszki jednorazowe w zgodzie z naturą?
Regularnie, co kilka dni wyrzucam gigantyczny ich wór. Nazywane są u nas "odpadem radioaktywnym", ze względu na specyficzną zawartość. Tak jest - pieluchy. Która z nas tego nie przerabiała? Tony zużytych pieluch, w szczytowym okresie nawet kilkanaście sztuk dziennie. Na przestrzeni całego okresu pieluchowania jedno dziecko średnio zużywa... Nie, nie chcę wiedzieć ile ;) Przeraźliwie dużo! I na pewno nie jest to obojętne dla naszej planety.
Czy można coś z tym zrobić? Można sięgnąć po pieluszki wielorazowe. To rozwiązanie od lat zyskuje na popularności, ale nie oszukujmy się: nie każdy chce z niego korzystać i nie każdy się do tego nadaje. Przyznaję otwarcie, że nie potrafię zrezygnować z wygody użytkowania, jaką zapewniają pieluszki jednorazowe, na rzecz składowania zabrudzonych wielorazówek, a później hurtowego ich prania. Owszem, mam kilka sztuk, czasem z ciekawości po nie sięgam. I prawdopodobnie będę sięgać częściej, gdy będziemy już powoli wychodzić z pieluch, ale na razie nie ma takiej opcji. Proszę mnie za to nie potępiać, po prostu wygoda i oszczędność czasu pchają mnie nieustannie w szpony jednorazówek. Ale to nie znaczy, że muszę być na bakier z ekologią!
Rynek pieluszek nie ogranicza się na szczęście jedynie do najpopularniejszych, produkowanych na gigantyczną skalę marek, które z ekologią mają tyle wspólnego, co palenie opon na ognisku. Ostatnimi czasy pojawiają się też firmy, które za cel stawiają sobie produkcję takich pieluszek, które będą równie wygodne w użyciu, ale nie będą stanowiły obciążenia dla środowiska. I przy okazji łagodnie obejdą się z małą pupą.
Jedną z takich marek, mających na względzie także aspekty ekologiczne, jest Bambiboo. Ot, na pierwszy rzut oka zwykłe pieluszki. Ale nie, zaraz zaraz, jakieś takie... mało kolorowe? Szczerze? Zawsze mnie zastanawiało kto i w jakim zakresie ma korzystać z tych barwnych rysunków na pieluchach. Dziecko za bardzo ich nie widzi, zresztą przez pierwsze miesiące jest mu centralnie wszystko jedno, byle pupy nie odparzało i wchłaniało co trzeba. Nawet teraz, w wieku 14 miesięcy, moje dziecko ma w głębokim poważaniu jakiekolwiek dekoracje na pieluchach. Czy to znaczy, że one tam są dla rodziców?! Ciężko powiedzieć, ale wiem jedno: to zbędna chemia. Bambiboo są cudownie puste pod tym względem, wszak jedynym nadrukiem jest logo marki.
Produkowane są z włókien bambusa, surowca naturalnego i hipoalergicznego. Bambus to trawsko, względnie łatwe w uprawie, więc nie ma potrzeby faszerować go sztucznymi nawozami i pestycydami. A co za tym idzie, jest idealnym surowcem do produkcji bezpiecznych i funkcjonalnych artykułów dla dzieci. Ale bambus to nie jedyny naturalny składnik w Bambiboo. Towarzyszy mu także aloes, którego warstwa po wewnętrznej stronie pieluszki ma za zadanie troszczyć się o delikatną skórę dziecka. Czego za to nie znajdziemy w tych pieluszkach? Różnej maści świństw, z lateksem, PCV, przeciwutleniaczami i konserwantami na czele. Wiecie, co jednak zaskoczyło mnie najbardziej? To, że można je... kompostować! Wyobrażacie to sobie? Pieluchy i kompost? Okazuje się, że wystarczy usunąć rzepy oraz taśmę z logo i można śmiało umieścić zużytą pieluszkę w kompostowniku. I to jest naprawdę eko! Biodegradowalna pieluszka - wygodna, skuteczna i bez wyrzutów sumienia...
Ekologia, oczywiście, jest bardzo ważna, ale przecież pieluszka przede wszystkim ma spełniać swoją podstawową funkcję - chłonąć, izolować wilgoć od skóry i trzymać w ryzach zawartość. Tutaj na szczęście absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Bambiboo są bardzo chłonne, jedna pieluszka spokojnie wystarcza na całą noc, na kilkanaście godzin niezakłóconego snu. Odkąd ich używamy, nie przytrafiła nam się żadna "awaria" - zawsze ubranie było suche, podobnie jak pupa.
Jeśli już jesteśmy przy pupie, to warto zaznaczyć, że niektóre dzieci są bardziej wrażliwe i podatne na uczulenia oraz odparzenia. Często na forach internetowych, gdy poruszany jest temat pieluszek, czytamy, że dziecko uczulają pieluszki X, a po Y często pupa jest odparzona i trzeba się ratować maścią z tlenkiem cynku, która też nawiasem mówiąc nie powinna być w codziennym użyciu - bo i po co? Bambiboo z moją ukochaną małą pupą obchodzą się bardzo łagodnie. Brak paskudnej chemii i chloru w procesie produkcyjnym sprawia, że o jakiejkolwiek reakcji alergicznej w ogóle nie ma mowy. Wspomniany wcześniej naturalny aloes działa łagodząco, a bambus zapewnia cyrkulację powietrza. Absolutnie żadnych odparzeń. Taką opiekę to ja rozumiem!
Pozytywnie zaskoczyła mnie jeszcze jedna rzecz - w rozmiarze 4, którego aktualnie używamy, także znajduje się wskaźnik informujący o tym, że pielucha została już "naznaczona". Tak dawno go nie widziałam! Mniej więcej odkąd pożegnałyśmy rozmiar 2. A to nie jest tylko zbędny gadżet. Ten pasek informacyjny naprawdę się przydaje.
Z czym jeszcze kojarzą się produkty uchodzące za ekologiczne? Z tym, że niekoniecznie łatwo je kupić. A tu kolejna niespodzianka - Bambiboo można bez problemu dostać w sieci drogerii Rossmann, na dodatek całkiem często są w promocji, więc można się zatowarować na dłużej, nie obciążając przy tym nadmiernie domowego budżetu. Duży plus!
Podsumowując, pieluszki Bambiboo to cudowny kompromis między "zwykłymi" pieluchami jednorazowymi a wielopieluchowaniem. Przyjazne dla środowiska, przyjazne dla pupy i do tego niezawodne jeśli chodzi o chłonność. Mogę je z czystym sumieniem polecić, zarówno dla noworodzia, jak i dla starszego malucha. My używamy i używać będziemy!
Serdecznie zapraszam Was także na stronę bambiboo.pl - znajdziecie tam szczegółowe informacje odnośnie pieluszek Bambiboo i poznacie odpowiedzi na nurtujące Was pytania. Warto!
Serdecznie zapraszam Was także na stronę bambiboo.pl - znajdziecie tam szczegółowe informacje odnośnie pieluszek Bambiboo i poznacie odpowiedzi na nurtujące Was pytania. Warto!
środa, 11 października 2017
Baby Monster - strasznie fajne saszetki [+ ROZDANIE]
Pokażcie mi dziecko, które nie lubi musów owocowych w saszetkach. Na pewno gdzieś takie dzieci mieszkają, ale osobiście jeszcze żadnego nie spotkałam. A musy? Higieniczne, smaczne, atrakcyjne - mogłoby się wydawać, że taka foliowa saszetka z owocami to produkt idealny. Niestety, nie do końca tak jest.
Musy w saszetkach, które można kupić w sklepach, mają w mojej ocenie 4 podstawowe wady:
Baby Monster to wielorazowe saszetki do podawania musów i innych pokarmów o zbliżonej konsystencji. Jak to działa? Dół saszetki wyposażony jest w strunowe zapięcie, podobne do tego znanego nam z foliowych woreczków. Podobne, ale jednak znacznie solidniejsze i trudniejsze do otwierania. A więc otwieramy saszetkę od spodu, pakujemy do środka jakieś pyszne i zdrowe danie, a następnie szczelnie zamykamy strunowe zapięcie, dzięki czemu nic się nie wyleje. O podstawowych właściwościach saszetek Baby Monster też opowiem w punkcikach:
Musy w saszetkach, które można kupić w sklepach, mają w mojej ocenie 4 podstawowe wady:
- Cena - jedna saszetka kosztuje w okolicach 3 zł. Dla jednego to mało, dla innego - bardzo dużo. Osobiście uważam tę cenę za lekko przesadzoną, jeśli weźmiemy pod uwagę... No właśnie... I tu płynnie przechodzimy do punktu drugiego.
- Wielkość - waga musów w saszetkach wynosi około 80-90 gram, w zależności od producenta. Dla maluszka taka wielkość być może będzie satysfakcjonująca, a nawet za duża, ale starszak już raczej odczuje niedosyt i wyciągnie rączkę po kolejną sztukę.
- Skład - nie chodzi mi o to, że w saszetkach znajdują się jakieś świństwa czy cukier, bo zazwyczaj tak nie jest. Skład jako taki jest przyzwoity. Ale... Nie mamy na niego większego wpływu, możemy jedynie wybierać spośród wersji smakowych proponowanych przez konkretnego producenta. Jeśli dziecko ma alergię czy też po prostu nie lubi któregoś ze składników, wybór automatycznie nam się zawęża.
- Odpady - saszetki są jednorazowe i po opróżnieniu, wraz z plastikową nakrętką, lądują w koszu na śmieci. Nie jestem ekoświrem, ale pewne rzeczy staram się zauważać i, jeśli tylko mogę, choć trochę ograniczam produkcję odpadów, zwłaszcza tych, które będą się rozkładać przez długie lata.
A gdyby tak istniała alternatywa dla gotowców w saszetkach? Rozwiązanie, które jest wolne od wymienionych powyżej wad? O tego typu produktach słyszałam już od jakiegoś czasu, ale wcześniej nie miałam możliwości sprawdzić ich osobiście. Tak więc gdy tylko pojawiła się okazja, postanowiłam przetestować je na własnej skórze i zdać Wam relację. Mam tu na myśli wielorazowe saszetki do podawania pokarmów. Poznajcie markę Baby Monster.
Baby Monster to wielorazowe saszetki do podawania musów i innych pokarmów o zbliżonej konsystencji. Jak to działa? Dół saszetki wyposażony jest w strunowe zapięcie, podobne do tego znanego nam z foliowych woreczków. Podobne, ale jednak znacznie solidniejsze i trudniejsze do otwierania. A więc otwieramy saszetkę od spodu, pakujemy do środka jakieś pyszne i zdrowe danie, a następnie szczelnie zamykamy strunowe zapięcie, dzięki czemu nic się nie wyleje. O podstawowych właściwościach saszetek Baby Monster też opowiem w punkcikach:
- Pojemność to aż 170 ml, więc saszetki Baby Monster są znacznie większe niż sklepowe gotowce. Większa saszetka = więcej zawartości = więcej radości.
- Nie zawierają BPA, zostały przebadane przez Sanepid.
- Można je mrozić i następnie podgrzewać w kąpieli wodnej, więc idealnie nadadzą się do robienia zapasów na później.
- Po użyciu można myć je także w zmywarce.
To tyle od strony technicznej. Jak sprawdziły się u nas? Do testowania podchodziłam z rezerwą, bo moje dziecko lubi się nad saszetkami pastwić: gryzie, ściska i gniecie. Byłam pełna obaw, że przy pierwszym mocniejszym ściśnięciu zawartość saszetki po prostu wyleci dołem. Dlatego też szczególnie przyłożyłam się do dokładnego ściśnięcia strunowego zapięcia. I choć córka, swoim zwyczajem, z entuzjazmem miętosiła saszetkę, jej zawartość pozostała na miejscu. To ważna cecha, bo pozwala zabierać saszetki w podróż samochodem lub na spacer - nic nie wyleci, więc nie będzie problemu z zapieraniem plam.
Sama forma saszetki jest atrakcyjna dla dziecka i może pomóc przemycić niekoniecznie lubiane danie, bo z saszetki wszystko smakuje lepiej. Oprócz musów owocowych możemy też w ten sposób podawać rozdrobnione dania na bazie warzyw lub kaszkę, a nawet jogurt z płatkami owsianymi (sprawdzone). Naszym saszetkowym hitem okazała się dynia z ziemniakami i indykiem, a na deser jogurt naturalny z malinami. Fajne jest to, że możemy dowolnie komponować dania, mając na uwadze jedynie odpowiednią konsystencję i stopień rozdrobnienia (taki, żeby pokarm przedostawał się przez ustnik). Jest to też dobry sposób na wprowadzanie produktów, do których dziecko nie jest przekonane - nam saszetki pomogły "odczarować" buraki.
Środowisko naturalne będzie nam wdzięczne. Saszetka Baby Monster może być używana wielokrotnie, więc nie zaśmiecamy środowiska pustymi opakowaniami. Kiedyś pewnie przyjdzie taki czas, że trzeba ją będzie wyrzucić, ale wystarczy pomyśleć ile w tym czasie zużylibyśmy jednorazówek.
Ile ta przyjemność kosztuje? Na stronie babymonster.pl znajdziesz różne opcje zamówienia - od pojedynczej saszetki po zestawy. Oczywiście w zestawie wychodzi taniej, warto też zwracać uwagę na promocje. W każdej konfiguracji jednak jest to inwestycja, która się opłaca, jeśli weźmiemy pod uwagę zbójecką cenę gotowych musów w saszetkach. Tu kupujemy raz i korzystamy przez długi czas.
Większe, tańsze i pozwalające samodzielnie komponować dania. Tak w skrócie mogę opisać saszetki Baby Monster. Czy mają jakieś wady? Dla mnie nie. Spotkałam się z opinią, że ciężko je dokładnie umyć, ale nie mogę się z tym zgodzić. Po żadnym daniu nie miałam trudności z dokładnym oczyszczeniem saszetki, nawet gdy resztki jedzenia zdążyły zaschnąć. Sam ustnik też dobrze się myje, ale w razie potrzeby zawsze można go jeszcze "doszorować" patyczkiem do czyszczenia uszu.
Świetne są! Więc jeśli, tak jak ja, masz w domu małego musożercę, wypróbuj saszetki wielorazowe Baby Monster. Nie pożałujesz!
Dodatkowo teraz możesz zgarnąć zestaw saszetek Baby Monster w rozdaniu, które odbywa się na moim Facebooku (klik). Bawimy się już tylko do 12/10/2017. Zapraszam!
Aktualizacja 15/10/2017 - rozdawajkę na Facebooku wygrywa Pani Basia Chwała. Gratulacje!
Aktualizacja 15/10/2017 - rozdawajkę na Facebooku wygrywa Pani Basia Chwała. Gratulacje!
piątek, 22 września 2017
Wielka moc małych książeczek - "Świat Maluszka" AWM
Kolejne miesiące mijają, latorośl coraz starsza, dosłownie rośnie w oczach. Rozwija się na wszystkich płaszczyznach. I tylko jedna rzecz pozostaje niezmienna - zamiłowanie do książeczek.
Czy pamiętacie naszą recenzję książeczek dla niemowląt z serii "Obrazki Maluszka"? To od nich zaczęła się nasza przygoda z Wydawnictwem AWM. Przygoda pełna kolorów, pełna emocji i czasu spędzanego wspólnie z dzieckiem. Teraz chciałabym Wam zaprezentować inną serię książeczek dla najmłodszych odbiorców, a mianowicie "Świat Maluszka". Zapraszam!
Niepozorne one są, nieprawdaż? Nieduże, wręcz kompaktowe (zaledwie 10 x 10 cm). To ma swoje zalety, bo taka malutka książeczka mieści się w każdej torbie czy organizerze do wózka. A co za tym idzie, ulubione wydawnictwa mogą nam zawsze towarzyszyć na spacerach. Na dobrą sprawę książeczka i w maminej kieszeni się zmieści, dzięki czemu w dowolnej chwili może być pod ręką, gotowa do działania. Podobnie jak w przypadku "Obrazków Maluszka", mamy tu do czynienia z postacią harmonijki wykonanej z grubszej tekturki. Dzięki solidnemu materiałowi małemu człowiekowi trudno jest taką książeczkę "zamordować" - gryząc, miętosząc i ciskając nią o ziemię. Bo nie oszukujmy się, ale szacunku do książek człowiek uczy się dopiero w nieco późniejszym okresie... "Świat Maluszka" tymczasem jest maluszkoodporny i z godnością znosi wszystkie tortury, które tylko przyjdą dziecku do głowy. Sprawdzone!
W środku - coś innego, bardziej "dojrzałego" - zdjęcia przedmiotów zamiast rysunków. Nieco starszym dzieciom ułatwi to poznawanie świata, który wszak namalowany nie jest. Znana formuła, czyli jeden obrazek na stronie plus odpowiadający mu napis. Po co napisy w książeczce dla tak małego dziecka? Hmmm, mój Tata ostatnio wziął zebrę za psa, więc śmiem twierdzić, że napisy w dużej mierze są dla nas, dorosłych, na wypadek gdybyśmy nie wykazali się wystarczającą czujnością :) Ogólnie rzecz biorąc jest kolorowo i przyjemnie, czyli tak jak być powinno, żeby przyciągnąć uwagę małego człowieka.
Trafiło do nas aż pięć książeczek z serii "Świat Maluszka":
Czy pamiętacie naszą recenzję książeczek dla niemowląt z serii "Obrazki Maluszka"? To od nich zaczęła się nasza przygoda z Wydawnictwem AWM. Przygoda pełna kolorów, pełna emocji i czasu spędzanego wspólnie z dzieckiem. Teraz chciałabym Wam zaprezentować inną serię książeczek dla najmłodszych odbiorców, a mianowicie "Świat Maluszka". Zapraszam!
Niepozorne one są, nieprawdaż? Nieduże, wręcz kompaktowe (zaledwie 10 x 10 cm). To ma swoje zalety, bo taka malutka książeczka mieści się w każdej torbie czy organizerze do wózka. A co za tym idzie, ulubione wydawnictwa mogą nam zawsze towarzyszyć na spacerach. Na dobrą sprawę książeczka i w maminej kieszeni się zmieści, dzięki czemu w dowolnej chwili może być pod ręką, gotowa do działania. Podobnie jak w przypadku "Obrazków Maluszka", mamy tu do czynienia z postacią harmonijki wykonanej z grubszej tekturki. Dzięki solidnemu materiałowi małemu człowiekowi trudno jest taką książeczkę "zamordować" - gryząc, miętosząc i ciskając nią o ziemię. Bo nie oszukujmy się, ale szacunku do książek człowiek uczy się dopiero w nieco późniejszym okresie... "Świat Maluszka" tymczasem jest maluszkoodporny i z godnością znosi wszystkie tortury, które tylko przyjdą dziecku do głowy. Sprawdzone!
W środku - coś innego, bardziej "dojrzałego" - zdjęcia przedmiotów zamiast rysunków. Nieco starszym dzieciom ułatwi to poznawanie świata, który wszak namalowany nie jest. Znana formuła, czyli jeden obrazek na stronie plus odpowiadający mu napis. Po co napisy w książeczce dla tak małego dziecka? Hmmm, mój Tata ostatnio wziął zebrę za psa, więc śmiem twierdzić, że napisy w dużej mierze są dla nas, dorosłych, na wypadek gdybyśmy nie wykazali się wystarczającą czujnością :) Ogólnie rzecz biorąc jest kolorowo i przyjemnie, czyli tak jak być powinno, żeby przyciągnąć uwagę małego człowieka.
Trafiło do nas aż pięć książeczek z serii "Świat Maluszka":
- "Łąka" - od ważki, przez mlecz, aż po bociana, czyli wszystko co można spotkać na łące i ogólnie w stanie dzikim
- "Dźwięki" - przypomnijmy sobie taki trudny wyraz jak "onomatopeja", a następnie nauczmy dziecko wszystkich dźwięków, które mogą wybrzmieć w naszym otoczeniu - dobra zabawa i kupa śmiechu zapewnione!
- "Smacznego!" - sprzęty kuchenne i produkty spożywcze, również takie, które moje dziecko na razie może zobaczyć jedynie na obrazku, tj. słodycze...
- "Kolory i kształty" - miła dla oka nauka barw i kształtów
- "Owoce i warzywa" - czyli fajny sposób na zareklamowanie tej nieciekawej papki, którą serwujemy maluszkowi łyżeczką ;)
Czy takie książeczki służą jedynie do "pokazywania" dziecku świata i uczenia wyrazów? To by było zbyt banalne. W przypadku małego obywatela taka mała, niepozorna książeczka zastosowań ma kilka. Jest niezastąpiona jako "przykuwacz uwagi" (a może raczej "odwracacz"?) podczas zmiany pieluchy, gdy coraz bardziej energiczny maluch wije się jak piskorz. Podobnie przy posiłkach - z taką pomocą przebiegają one spokojniej. Oczywiście - byłoby lepiej gdyby dziecko koncentrowało się wyłącznie na jedzeniu, ale nie oszukujmy się - nie każdy maluch będzie w stanie tak funkcjonować. Jeśli mam wybór walczyć z płaczącym dzieckiem albo pokazywać mu obrazki w książeczce i spokojnie(j) podawać obiad, wybieram tę drugą opcję i jednocześnie mam nadzieję, że z czasem dzieciuch się trochę ucywilizuje. Tak czy inaczej, u nas książeczka podczas posiłków zawsze musi być pod ręką, żeby wkroczyć do akcji gdy atmosfera zacznie się robić gorąca. Podobnie na spacerach... Czasem siedzenie w wózku po prostu zaczyna się robić nudne i wtedy warto sięgnąć po zabawki i książeczki właśnie. A w domu - jest to cudowne remedium na paskudne, deszczowe dni i nie tylko. Na bazie takich prostych książeczek można zbudować całą opowieść. Nieco starszego maluszka warto też zaangażować do wspólnej zabawy typu "pokaż gdzie miś ma oko". Spróbuj też spytać dziecko który obrazek, kolor, kształt podoba mu się najbardziej - to skupienie na małej buzi jest czymś pięknym!
Nie są to jedynie książeczki. To inspiracja. Pole do popisu. Wyzwanie dla nas, rodziców, żeby z tego zadrukowanego kawałka tektury wykrzesać jak najwięcej korzyści dla dziecka. Żeby wspólnie spędzać czas ucząc, pokazując i tłumacząc, ale też pozwolić dziecku samemu obserwować i wybierać. Książeczki "Świat Maluszka" nadają się do tego idealnie.
Seria "Świat Maluszka" jest znacznie bogatsza, zaprezentowałam jedynie jej część. Wszystkie książeczki wchodzące w jej skład można zobaczyć i zamówić na stronie AWM - Agencji Wydawniczej Jerzy Mostowski. Zapraszam!
czwartek, 7 września 2017
Karmisz piersią małego gryzonia? Sprawdź ten kosmetyk od Motherlove!
Taki cyc to nie ma łatwego życia... Najpierw doznaje szoku, gdy mały Ktoś się do niego przysysa po raz pierwszy, a potem całymi dniami na nim "wisi". Odchorowuje to przez dobrych kilkanaście dni: boli, krwawi, cierpi. Gdy już wreszcie oswoi się z nową sytuacją, sielanka nie trwa długo, bo w pewnym momencie pojawiają się one: małe, bielusieńkie i ostre jak brzytwa. Zęby...
Mamo, czy próbowałaś kiedyś przekonać swojego kilkumiesięcznego maluszka, że traktowanie piersi jak gryzak jest złe? Jak wytłumaczyć to małemu dziecku? Wszelkiego rodzaju piski, z bólu czy też żeby zwrócić uwagę dziecka na niewłaściwe zachowanie, z ogromnym prawdopodobieństwem zostaną odebrane jako atrakcyjne i zabawne. Zamiast nas uratować dodatkowo zachęcą gryzonia do dalszego wbijania ząbków w mamine sutki. Grożenie palcem? Marsowa mina? Daj spokój. Dziecko najprawdopodobniej uzna to za świetną zabawę. W tej sytuacji, do czasu aż maluch zacznie rozumieć co wolno robić, a czego nie, trzeba sobie radzić w inny sposób, łagodząc skutki "ukąszeń". Jest taki jeden krem...
Nipple Cream, czyli krem do pielęgnacji brodawek sutkowych, to propozycja amerykańskiej firmy Motherlove, skierowana do mam karmiących piersią. Jego zadaniem jest łagodzenie bólu i pielęgnacja sutków pokiereszowanych na początku mlecznej drogi, czy też pogryzionych przez pierwsze ząbki. Krem trafia do nas w prostym, ale estetycznym kartoniku, który skrywa śliczny, szklany słoiczek. Zawartość tegoż słoiczka przypomina maść, zmieniającą konsystencję w kontakcie ze skórą, dzięki czemu aplikacja jest łatwa i przyjemna. Po użyciu kremu na skórze pozostaje lekko tłusta warstwa. Warto zwrócić szczególną uwagę na skład. Piękny w swojej prostocie: oliwa z oliwek, wosk pszczeli, masło shea, kwiat nagietka i korzeń prawoślazu. I tyle. Żadnych świństw, konserwantów, kompozycji zapachowych. Sama natura.
Jak Nipple Cream sprawdza się w praktyce? Moja córka aktualnie ma trzy zęby, czwarty "w drodze". Gryzie wszystko, dosłownie. Cyc nie jest wyjątkiem. Córa lubi znienacka mnie uszczypnąć, zwłaszcza gdy już przysypia. Ból jest okropny, ale zaciskam zęby i udaję, że nic się nie stało. Co więcej, moje dziecię uwielbia wisieć na cycu. Jako dziecko bezsmoczkowe potrafi sobie po prostu miętosić sutek buzią dla samego faktu miętoszenia, a ja nie mam sumienia jej tego zabraniać. Najchętniej w tym samym czasie drugi sutek tarmosi palcami, jakby chciała ciągle sprawować nad nim kontrolę (jedna buzia, dwa cyce - jakoś trzeba sobie radzić!). W efekcie sutki są wymordowane i po prostu bolą, nawet gdy akurat mają chwilę świętego spokoju. Postanowiłam sprawdzić czy Nipple Cream od Motherlove poprawi im jakość życia...
Aplikuje się bardzo wygodnie. Łatwo go nabrać na palec i rozprowadzić na sutku. Producent deklaruje, że że względu na składniki użyte do wytworzenia kremu, nie jest konieczne jego zmywanie przed karmieniem maluszka. To bardzo wygodne, zwłaszcza w przypadku karmień nocnych, ale i w ciągu dnia, gdy Perełka po prostu odchyla bluzkę i bierze sobie cyca sama... Po kilku dniach regularnego stosowania 2-3 razy dziennie odczułam poprawę, tzn. przy niezmienionej ilości "tortur" sutki bolą zdecydowanie mniej i przede wszystkim rozwiązał się problem takiego uczucia ściągnięcia, który towarzyszył mi od bardzo długiego czasu. A jak z wydajnością? Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że 30 ml to niewielka pojemność, szybko okazuje się, że Nipple Cream znika bardzo powoli. Po dwóch tygodniach stosowania ubytek jest minimalny.
A co jeśli skończę karmić piersią? Mam go wyrzucić? Nic z tych rzeczy. Przy takim natłuszczającym i łagodzącym składzie można go z powodzeniem stosować na suche skórki wokół paznokci lub na przesuszone łokcie. Dobrze radzi sobie także z piętami, a i usta fajnie nawilża. Wychodzi na to, że możemy go zaaplikować wszędzie tam, gdzie miejscowo potrzebny jest ratunek dla suchej skóry.
Podsumowując - jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nipple Cream od Motherlove działa, ma naturalny skład i wystarczy na bardzo długo. Do tego tak naprawdę ma wiele zastosowań, nie tylko do ratowania obolałych sutków. Żałuję, że nie wiedziałam o jego istnieniu na początku naszej przygody z karmieniem piersią - miałby wtedy spore pole do popisu. Ale lepiej późno niż wcale. Cieszę się, że teraz jest i pomaga mi stawić czoła kolejnym wyzwaniom - kolejnym mleczakom :)
Nipple Cream można zamówić tutaj. Gorąco polecam!
Mamo, czy próbowałaś kiedyś przekonać swojego kilkumiesięcznego maluszka, że traktowanie piersi jak gryzak jest złe? Jak wytłumaczyć to małemu dziecku? Wszelkiego rodzaju piski, z bólu czy też żeby zwrócić uwagę dziecka na niewłaściwe zachowanie, z ogromnym prawdopodobieństwem zostaną odebrane jako atrakcyjne i zabawne. Zamiast nas uratować dodatkowo zachęcą gryzonia do dalszego wbijania ząbków w mamine sutki. Grożenie palcem? Marsowa mina? Daj spokój. Dziecko najprawdopodobniej uzna to za świetną zabawę. W tej sytuacji, do czasu aż maluch zacznie rozumieć co wolno robić, a czego nie, trzeba sobie radzić w inny sposób, łagodząc skutki "ukąszeń". Jest taki jeden krem...
Nipple Cream, czyli krem do pielęgnacji brodawek sutkowych, to propozycja amerykańskiej firmy Motherlove, skierowana do mam karmiących piersią. Jego zadaniem jest łagodzenie bólu i pielęgnacja sutków pokiereszowanych na początku mlecznej drogi, czy też pogryzionych przez pierwsze ząbki. Krem trafia do nas w prostym, ale estetycznym kartoniku, który skrywa śliczny, szklany słoiczek. Zawartość tegoż słoiczka przypomina maść, zmieniającą konsystencję w kontakcie ze skórą, dzięki czemu aplikacja jest łatwa i przyjemna. Po użyciu kremu na skórze pozostaje lekko tłusta warstwa. Warto zwrócić szczególną uwagę na skład. Piękny w swojej prostocie: oliwa z oliwek, wosk pszczeli, masło shea, kwiat nagietka i korzeń prawoślazu. I tyle. Żadnych świństw, konserwantów, kompozycji zapachowych. Sama natura.
Jak Nipple Cream sprawdza się w praktyce? Moja córka aktualnie ma trzy zęby, czwarty "w drodze". Gryzie wszystko, dosłownie. Cyc nie jest wyjątkiem. Córa lubi znienacka mnie uszczypnąć, zwłaszcza gdy już przysypia. Ból jest okropny, ale zaciskam zęby i udaję, że nic się nie stało. Co więcej, moje dziecię uwielbia wisieć na cycu. Jako dziecko bezsmoczkowe potrafi sobie po prostu miętosić sutek buzią dla samego faktu miętoszenia, a ja nie mam sumienia jej tego zabraniać. Najchętniej w tym samym czasie drugi sutek tarmosi palcami, jakby chciała ciągle sprawować nad nim kontrolę (jedna buzia, dwa cyce - jakoś trzeba sobie radzić!). W efekcie sutki są wymordowane i po prostu bolą, nawet gdy akurat mają chwilę świętego spokoju. Postanowiłam sprawdzić czy Nipple Cream od Motherlove poprawi im jakość życia...
Aplikuje się bardzo wygodnie. Łatwo go nabrać na palec i rozprowadzić na sutku. Producent deklaruje, że że względu na składniki użyte do wytworzenia kremu, nie jest konieczne jego zmywanie przed karmieniem maluszka. To bardzo wygodne, zwłaszcza w przypadku karmień nocnych, ale i w ciągu dnia, gdy Perełka po prostu odchyla bluzkę i bierze sobie cyca sama... Po kilku dniach regularnego stosowania 2-3 razy dziennie odczułam poprawę, tzn. przy niezmienionej ilości "tortur" sutki bolą zdecydowanie mniej i przede wszystkim rozwiązał się problem takiego uczucia ściągnięcia, który towarzyszył mi od bardzo długiego czasu. A jak z wydajnością? Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że 30 ml to niewielka pojemność, szybko okazuje się, że Nipple Cream znika bardzo powoli. Po dwóch tygodniach stosowania ubytek jest minimalny.
A co jeśli skończę karmić piersią? Mam go wyrzucić? Nic z tych rzeczy. Przy takim natłuszczającym i łagodzącym składzie można go z powodzeniem stosować na suche skórki wokół paznokci lub na przesuszone łokcie. Dobrze radzi sobie także z piętami, a i usta fajnie nawilża. Wychodzi na to, że możemy go zaaplikować wszędzie tam, gdzie miejscowo potrzebny jest ratunek dla suchej skóry.
Podsumowując - jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nipple Cream od Motherlove działa, ma naturalny skład i wystarczy na bardzo długo. Do tego tak naprawdę ma wiele zastosowań, nie tylko do ratowania obolałych sutków. Żałuję, że nie wiedziałam o jego istnieniu na początku naszej przygody z karmieniem piersią - miałby wtedy spore pole do popisu. Ale lepiej późno niż wcale. Cieszę się, że teraz jest i pomaga mi stawić czoła kolejnym wyzwaniom - kolejnym mleczakom :)
Nipple Cream można zamówić tutaj. Gorąco polecam!
wtorek, 22 sierpnia 2017
Co ciekawego ma dla nas Tommee Tippee?
Rozszerzanie diety u maluszka to nie lada wyzwanie. Nowe smaki, nowe czynności, nowy "sprzęt". Warto zadbać o to, by ten ostatni był wybrany mądrze. Bezpieczny, wygodny i funkcjonalny. Z marką Tommee Tippee po raz pierwszy spotkałam się jeszcze gdy z wypiekami na twarzy (i z dużym, ciążowym brzuchem) kompletowałam wyprawkę dla Perełki. Kupiłam plastikowe łyżeczki i kubek z ustnikiem. Kompletnie niepotrzebne noworodkowi - ale przecież wiecie, że lubię mieć wszystko na zapas...
Moje ciążowe zakupy okazały się trafione: łyżeczki są bardzo wygodne i służą nam do dziś, a kubeczek skutecznie zachęcił dzieciucha do spróbowania wody, choć zasadniczo dopajamy się tylko w największe upały. Gdy na facebookowym fanpage'u Tommee Tippee zobaczyłam informację o naborze do akcji ambasadorskiej, po prostu musiałam się zgłosić! Choć kompletnie się tego nie spodziewałam, dopisało mi szczęście i tak oto trafiły do nas kolejne dwa produkty tej marki: kubeczek 360° i talerzyki. Zobaczcie jak się u nas sprawdzają!
Kubek niekapek 360°
Pierwsze wrażenie: piękny, dziewczęcy do granic możliwości, po prostu uroczy! Drugie wrażenie: kurczę, do rozłożenia go i złożenia z powrotem chyba potrzebny jest doktorat... Od razu zaznaczam, że było to moje pierwsze spotkanie z kubkiem typu 360°, więc doznałam szoku widząc kilka części, w tym coś na kształt uszczelki. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i składanie kubeczka w gruncie rzeczy jest dość intuicyjne i nie powinno nikomu sprawić kłopotu.
Jak kubeczek sprawdza się w praktyce? Przyznam szczerze, że dziecko na początku kompletnie nie wiedziało co zrobić z tym fantem. W poprzednim kubeczku był dzióbek, więc oczywistym było wsadzenie go do własnego dzioba. Tu sytuacja się skomplikowała i przez kilka dni kubeczek służył Perełce głównie jako grzechotka. W końcu moja cierpliwość się skończyła i udzieliłam córce małego "instruktażu" - wtedy nagle okazało się, że z tej "grzechotki" można się napić! Eureka! Kubeczek jest o tyle fajny, że dziecku łatwo jest stabilnie go przytrzymać i wygodnie się nim manewruje. Myślę, że Perełka znacznie sprawniej by się nim posługiwała gdyby tylko miała szansę częściej ćwiczyć. Ale ja jestem rozdarta: z jednej strony chciałabym powoli uczyć ją picia z kubeczka, a z drugiej wyznaję zasadę, że dziecka karmionego piersią nie ma potrzeby dopajać, poza wyjątkowymi sytuacjami jak np. upały. I bądź tu teraz mądry! Niemniej jednak kubeczek Tommee Tippee 360° jest godny polecenia jako rzecz solidna, ładna i przede wszystkim wygodna dla dziecka.
Talerzyki 3-komorowe
Pierwsze wrażenie: rewelacja! Zestaw dwóch talerzyków, każdy z nich ma wyraźnie wydzielone 3 komory: większą i dwie mniejsze. Porządne tworzywo, solidne wykonanie i przyjazny kształt, włącznie z dodatkowymi wypustkami umożliwiającymi pewny chwyt i bezpieczne przenoszenie talerza. Fajna, klasyczna rzecz, bez żadnych udziwnień.
Po co właściwie aż trzy komory? Rodzice karmiący maluszki metodą BLW na pewno docenią taką konstrukcję, ale w przypadku dzieci "papkowo-łyżeczkowych" również ułatwia ona karmienie. Możemy oddzielić od siebie różne smaki, ale i konsystencję - np. osobno cząstki owoców i przecier (robiłam takie manewry w okresie przejściowym, gdy Perełka dopiero zaczynała cokolwiek gryźć - wolałam mieć przygotowaną niedużą porcję przecieru żeby w razie czego nakarmić ją łyżeczką). Możliwości zastosowań jest więcej. Talerzyków tych możemy też użyć żeby przygotować ciekawie wyglądający posiłek dla małego niejadka. Możemy się bawić kolorami warzyw i owoców, nie mieszając ich ze sobą. Ogranicza nas tylko wyobraźnia!
Gdybym miała określić te dwa tak różniące się od siebie produkty Tommee Tippee tylko jednym, wspólnym przymiotnikiem, postawiłabym na "porządne". Trzymając je w dłoni po prostu czujemy, że mamy do czynienia z przedmiotem wysokiej jakości, a nie z jakąś "jednorazówką". Cieszę się, że do nas trafiły i wiem, że posłużą nam jeszcze przez parę ładnych miesięcy.
Jeśli więc szukasz dla swojego maluszka niezawodnych akcesoriów, które zaimponują Ci zarówno jakością wykonania, jak i funkcjonalnością, możesz śmiało przyjrzeć się asortymentowi Tommee Tippee. Jest duża szansa, że znajdziesz tam dokładnie to, czego potrzebujesz.
Moje ciążowe zakupy okazały się trafione: łyżeczki są bardzo wygodne i służą nam do dziś, a kubeczek skutecznie zachęcił dzieciucha do spróbowania wody, choć zasadniczo dopajamy się tylko w największe upały. Gdy na facebookowym fanpage'u Tommee Tippee zobaczyłam informację o naborze do akcji ambasadorskiej, po prostu musiałam się zgłosić! Choć kompletnie się tego nie spodziewałam, dopisało mi szczęście i tak oto trafiły do nas kolejne dwa produkty tej marki: kubeczek 360° i talerzyki. Zobaczcie jak się u nas sprawdzają!
Kubek niekapek 360°
Pierwsze wrażenie: piękny, dziewczęcy do granic możliwości, po prostu uroczy! Drugie wrażenie: kurczę, do rozłożenia go i złożenia z powrotem chyba potrzebny jest doktorat... Od razu zaznaczam, że było to moje pierwsze spotkanie z kubkiem typu 360°, więc doznałam szoku widząc kilka części, w tym coś na kształt uszczelki. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i składanie kubeczka w gruncie rzeczy jest dość intuicyjne i nie powinno nikomu sprawić kłopotu.
Jak kubeczek sprawdza się w praktyce? Przyznam szczerze, że dziecko na początku kompletnie nie wiedziało co zrobić z tym fantem. W poprzednim kubeczku był dzióbek, więc oczywistym było wsadzenie go do własnego dzioba. Tu sytuacja się skomplikowała i przez kilka dni kubeczek służył Perełce głównie jako grzechotka. W końcu moja cierpliwość się skończyła i udzieliłam córce małego "instruktażu" - wtedy nagle okazało się, że z tej "grzechotki" można się napić! Eureka! Kubeczek jest o tyle fajny, że dziecku łatwo jest stabilnie go przytrzymać i wygodnie się nim manewruje. Myślę, że Perełka znacznie sprawniej by się nim posługiwała gdyby tylko miała szansę częściej ćwiczyć. Ale ja jestem rozdarta: z jednej strony chciałabym powoli uczyć ją picia z kubeczka, a z drugiej wyznaję zasadę, że dziecka karmionego piersią nie ma potrzeby dopajać, poza wyjątkowymi sytuacjami jak np. upały. I bądź tu teraz mądry! Niemniej jednak kubeczek Tommee Tippee 360° jest godny polecenia jako rzecz solidna, ładna i przede wszystkim wygodna dla dziecka.
Talerzyki 3-komorowe
Pierwsze wrażenie: rewelacja! Zestaw dwóch talerzyków, każdy z nich ma wyraźnie wydzielone 3 komory: większą i dwie mniejsze. Porządne tworzywo, solidne wykonanie i przyjazny kształt, włącznie z dodatkowymi wypustkami umożliwiającymi pewny chwyt i bezpieczne przenoszenie talerza. Fajna, klasyczna rzecz, bez żadnych udziwnień.
Po co właściwie aż trzy komory? Rodzice karmiący maluszki metodą BLW na pewno docenią taką konstrukcję, ale w przypadku dzieci "papkowo-łyżeczkowych" również ułatwia ona karmienie. Możemy oddzielić od siebie różne smaki, ale i konsystencję - np. osobno cząstki owoców i przecier (robiłam takie manewry w okresie przejściowym, gdy Perełka dopiero zaczynała cokolwiek gryźć - wolałam mieć przygotowaną niedużą porcję przecieru żeby w razie czego nakarmić ją łyżeczką). Możliwości zastosowań jest więcej. Talerzyków tych możemy też użyć żeby przygotować ciekawie wyglądający posiłek dla małego niejadka. Możemy się bawić kolorami warzyw i owoców, nie mieszając ich ze sobą. Ogranicza nas tylko wyobraźnia!
Gdybym miała określić te dwa tak różniące się od siebie produkty Tommee Tippee tylko jednym, wspólnym przymiotnikiem, postawiłabym na "porządne". Trzymając je w dłoni po prostu czujemy, że mamy do czynienia z przedmiotem wysokiej jakości, a nie z jakąś "jednorazówką". Cieszę się, że do nas trafiły i wiem, że posłużą nam jeszcze przez parę ładnych miesięcy.
Jeśli więc szukasz dla swojego maluszka niezawodnych akcesoriów, które zaimponują Ci zarówno jakością wykonania, jak i funkcjonalnością, możesz śmiało przyjrzeć się asortymentowi Tommee Tippee. Jest duża szansa, że znajdziesz tam dokładnie to, czego potrzebujesz.
piątek, 28 lipca 2017
Poduszka do karmienia inna niż wszystkie. Oto Karmiuszka!
Rogale, fasolki, kury. Poduszki do karmienia dziecka. Brzmi znajomo? Myślisz, że w tej kwestii już nic Cię nie zaskoczy. Usiądź wygodnie i poznaj pewną wyjątkową poduszkę. Równie wygodną, co designerską. Proszę Państwa, oto ona - Karmiuszka.
Gdy na świecie pojawia się Twoje maleństwo, jego karmienie staje się jedną z podstawowych czynności, powtarzanych kilka(naście?) razy w ciągu doby. Każda z takich sesji potrafi trwać kilkadziesiąt minut, a jeśli doliczymy do tego "drzemkę na cycu" - jeszcze dłużej. To piękny aspekt macierzyństwa, ale długotrwałe przebywanie w jednej pozycji może być po prostu męczące i niewygodne. Próbujemy sobie radzić domowymi sposobami, zazwyczaj budując skomplikowane konstrukcje z poduszek. A gdyby tak komfort karmienia można było sobie po prostu kupić?
Poznajcie Karmiuszkę - poduszkę o wyjątkowym kształcie, zaprojektowaną przez karmiącą mamę, która postanowiła zawalczyć o prawo do wygody, by czerpać jeszcze więcej przyjemności z tych wyjątkowych chwil spędzanych z maluszkiem. Kulisty kształt Karmiuszki wyróżnia ją na tle pozostałych poduszek do karmienia, a wypełnienie z łuski prosa sprawia, że jest ona dość twarda, ale jednocześnie lekko plastyczna. Co możemy dzięki temu osiągnąć? Karmiuszka zapewnia nam podparcie pod rękę, łokieć, kolano - praktycznie każdą część ciała, która podczas karmienia dziecka jest narażona na zmęczenie czy zdrętwienie od ciężaru maluszka albo po prostu od samej pozycji, jaką przyjmujemy. Jest dość ciężka (ok. 2,3 kg), ale dzięki temu jest bardzo stabilna. Nie przesuwa się, nie "ucieka", nie spłaszcza pod ciężarem maminego łokcia. Jest zawsze tam, gdzie ją położymy, gotowa do zapewnienia nam idealnego podparcia. Myślisz, że taka waga utrudnia przenoszenie poduszki? O tym również pomyślano i Karmiuszka ma na szczycie dwa poręczne uchwyty (jeden z nich dodatkowo pełni funkcję osłonki suwaka), dzięki którym można ją pewnie chwycić i przenieść w wybrane miejsce. Poszewka Karmiuszki jest wykonana z grubej bawełny, a od wewnątrz jest dodatkowo zalaminowana, żeby chronić wypełnienie przed wilgocią. Dzięki temu mamy pewność, że poduszka nie ulegnie uszkodzeniu w przypadku zalania - wystarczy jedynie wysuszyć pokrowiec i gotowe! Wraz z Karmiuszką otrzymujemy kilkustronicową broszurkę, która zawiera opis kilku pozycji (wraz z ilustracjami), w których karmiącą mama może się wspomóc tą kulistą poduchą, żeby było miło, wygodnie i przyjemnie.
Nasza Karmiuszka ma subtelne, pastelowe barwy - ten jaśniuteńki kolor lila to strzał w dziesiątkę! Nie będę owijać w bawełnę. Zaprzyjaźniłyśmy się od razu. Wiedziałam, że trafiłam na produkt wyjątkowy. Pierwsze wspólne karmienie - Karmiuszka wspierająca łokieć - i od razu jakoś tak inaczej, wygodniej, a ta mała, kochana główka już nie ciąży tak jak do tej pory. Używamy jej w różnych pozycjach, głównie na siedząco i leżąco - różnica jest diametralna! Zwłaszcza, że w naszym przypadku "cyc" to nie tylko szybkie karmienie i do widzenia - to przede wszystkim mnóstwo czułości, przytulania i nierzadko drzemka małego człowieka. To cudownie spędzony czas, duuużo czasu. Gdybym policzyła ile godzin w ciągu doby spędzamy razem w ten sposób, chyba sama byłabym zaskoczona. Jedno jest pewne: muszę dbać o to, żeby było nam wygodnie i od pewnego czasu Karmiuszka cudownie mnie w tych staraniach wspiera. Żałuję tylko jednego - że odkryłam ją tak późno... Nagle okazało się, że podczas karmienia na siedząco ręką nie musi "więdnąć" pod ciężarem główki dziecka, a gdy leżymy - może pewnie opierać się na Karmiuszce zamiast drętwieć w zawieszeniu. Karmiuszkę docenia też dziecię - gdy zasypia w moich ramionach może na niej wygodnie oprzeć stópki - bo czas, kiedy całe mieściło mi się na kolanach, minął bezpowrotnie ;)
Niestety nic nie trwa wiecznie. Mleczna droga również kiedyś nieuchronnie dobiegnie końca, chcąc nie chcąc. I co wtedy? Poduszkę - fasolkę rzucisz w kąt, kura będzie łapała kurz na sofie, a Karmiuszka? No właśnie... Spójrz na nią z nieco innej perspektywy. Czy widzisz to co ja? To jest niezwykle oryginalny, stylowy element wyposażenia, ozdoba każdego salonu. Oprzyj na niej głowę czytając książkę lub połóż na niej nogi, odpoczywając po powrocie z pracy. Wtedy zrozumiesz, że wspólne karmienie to był dopiero początek Waszej przyjaźni.
Jako mama zasługujesz na komfort podczas karmienia swojego maluszka. Daj sobie pomóc, zaproś Karmiuszkę do swojego domu i przekonaj się, że karmienie może być wygodniejsze. Że może być ogromną przyjemnością, a nie tylko matczynym obowiązkiem. Pielęgnuj te chwile, to piękny i bezcenny czas. Mamo, karm wygodnie!
Karmiuszkę w jednym z kilku eleganckich wzorów znajdziesz tutaj. Polecam z całego serca!
Gdy na świecie pojawia się Twoje maleństwo, jego karmienie staje się jedną z podstawowych czynności, powtarzanych kilka(naście?) razy w ciągu doby. Każda z takich sesji potrafi trwać kilkadziesiąt minut, a jeśli doliczymy do tego "drzemkę na cycu" - jeszcze dłużej. To piękny aspekt macierzyństwa, ale długotrwałe przebywanie w jednej pozycji może być po prostu męczące i niewygodne. Próbujemy sobie radzić domowymi sposobami, zazwyczaj budując skomplikowane konstrukcje z poduszek. A gdyby tak komfort karmienia można było sobie po prostu kupić?
Poznajcie Karmiuszkę - poduszkę o wyjątkowym kształcie, zaprojektowaną przez karmiącą mamę, która postanowiła zawalczyć o prawo do wygody, by czerpać jeszcze więcej przyjemności z tych wyjątkowych chwil spędzanych z maluszkiem. Kulisty kształt Karmiuszki wyróżnia ją na tle pozostałych poduszek do karmienia, a wypełnienie z łuski prosa sprawia, że jest ona dość twarda, ale jednocześnie lekko plastyczna. Co możemy dzięki temu osiągnąć? Karmiuszka zapewnia nam podparcie pod rękę, łokieć, kolano - praktycznie każdą część ciała, która podczas karmienia dziecka jest narażona na zmęczenie czy zdrętwienie od ciężaru maluszka albo po prostu od samej pozycji, jaką przyjmujemy. Jest dość ciężka (ok. 2,3 kg), ale dzięki temu jest bardzo stabilna. Nie przesuwa się, nie "ucieka", nie spłaszcza pod ciężarem maminego łokcia. Jest zawsze tam, gdzie ją położymy, gotowa do zapewnienia nam idealnego podparcia. Myślisz, że taka waga utrudnia przenoszenie poduszki? O tym również pomyślano i Karmiuszka ma na szczycie dwa poręczne uchwyty (jeden z nich dodatkowo pełni funkcję osłonki suwaka), dzięki którym można ją pewnie chwycić i przenieść w wybrane miejsce. Poszewka Karmiuszki jest wykonana z grubej bawełny, a od wewnątrz jest dodatkowo zalaminowana, żeby chronić wypełnienie przed wilgocią. Dzięki temu mamy pewność, że poduszka nie ulegnie uszkodzeniu w przypadku zalania - wystarczy jedynie wysuszyć pokrowiec i gotowe! Wraz z Karmiuszką otrzymujemy kilkustronicową broszurkę, która zawiera opis kilku pozycji (wraz z ilustracjami), w których karmiącą mama może się wspomóc tą kulistą poduchą, żeby było miło, wygodnie i przyjemnie.
Nasza Karmiuszka ma subtelne, pastelowe barwy - ten jaśniuteńki kolor lila to strzał w dziesiątkę! Nie będę owijać w bawełnę. Zaprzyjaźniłyśmy się od razu. Wiedziałam, że trafiłam na produkt wyjątkowy. Pierwsze wspólne karmienie - Karmiuszka wspierająca łokieć - i od razu jakoś tak inaczej, wygodniej, a ta mała, kochana główka już nie ciąży tak jak do tej pory. Używamy jej w różnych pozycjach, głównie na siedząco i leżąco - różnica jest diametralna! Zwłaszcza, że w naszym przypadku "cyc" to nie tylko szybkie karmienie i do widzenia - to przede wszystkim mnóstwo czułości, przytulania i nierzadko drzemka małego człowieka. To cudownie spędzony czas, duuużo czasu. Gdybym policzyła ile godzin w ciągu doby spędzamy razem w ten sposób, chyba sama byłabym zaskoczona. Jedno jest pewne: muszę dbać o to, żeby było nam wygodnie i od pewnego czasu Karmiuszka cudownie mnie w tych staraniach wspiera. Żałuję tylko jednego - że odkryłam ją tak późno... Nagle okazało się, że podczas karmienia na siedząco ręką nie musi "więdnąć" pod ciężarem główki dziecka, a gdy leżymy - może pewnie opierać się na Karmiuszce zamiast drętwieć w zawieszeniu. Karmiuszkę docenia też dziecię - gdy zasypia w moich ramionach może na niej wygodnie oprzeć stópki - bo czas, kiedy całe mieściło mi się na kolanach, minął bezpowrotnie ;)
Niestety nic nie trwa wiecznie. Mleczna droga również kiedyś nieuchronnie dobiegnie końca, chcąc nie chcąc. I co wtedy? Poduszkę - fasolkę rzucisz w kąt, kura będzie łapała kurz na sofie, a Karmiuszka? No właśnie... Spójrz na nią z nieco innej perspektywy. Czy widzisz to co ja? To jest niezwykle oryginalny, stylowy element wyposażenia, ozdoba każdego salonu. Oprzyj na niej głowę czytając książkę lub połóż na niej nogi, odpoczywając po powrocie z pracy. Wtedy zrozumiesz, że wspólne karmienie to był dopiero początek Waszej przyjaźni.
Jako mama zasługujesz na komfort podczas karmienia swojego maluszka. Daj sobie pomóc, zaproś Karmiuszkę do swojego domu i przekonaj się, że karmienie może być wygodniejsze. Że może być ogromną przyjemnością, a nie tylko matczynym obowiązkiem. Pielęgnuj te chwile, to piękny i bezcenny czas. Mamo, karm wygodnie!
Karmiuszkę w jednym z kilku eleganckich wzorów znajdziesz tutaj. Polecam z całego serca!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































































